Rozdział V
Życie codzienne we dworze ziemiańskim
Rola dworku szlacheckiego nie została jeszcze mimo czynionych w ostatnich latach wysiłków w sposób wyczerpujący opisana w polskiej literaturze historycznej. Ostatnia dekada - czas przemian społeczno-politycznych- sprzyja ukazywaniu roli polskiego ziemiaństwa w życiu naszego kraju bez tendencyjności i jawnych zafałszowań, które dominowały w historiografii Polski Ludowej. Ale czym byłby szeroko rozumiany etos polskiego ziemiaństwa bez charakterystycznego elementu polskiej wsi jakim był dworek szlachecki? Sesje naukowe przeprowadzone z inicjatywy kieleckich historyków sztuki dają nam barwny i pełen istotnej wiedzy źródłowej opis architektury i roli kulturotwórczej, gospodarczej i patriotycznej szlacheckiego dworku w czasie ostatnich dwóch wieków. Truizmem jest przypominanie o roli dworku w całokształcie pejzażu historycznego naszego kraju. Dworki szlacheckie, miejsca które były swoistym genius loci danego terenu, dzisiaj już bardzo nieliczne, pozostały jednym z elementów świadectwa historycznego i kulturowego czasów minionych.
Ale stratyfikacja społeczna sfery ziemiańskiej, jej wewnętrzne zróżnicowanie ekonomiczne miało naturalny wpływ na siedziby, które były przez nich budowane, na pałace i dworki które świadczyły o ich statusie ekonomicznym i miejscu właściciela w hierarchii społecznej. Potocznie uznaje się, że pałac stanowił rezydencję arystokraty, zaś dwór siedzibę średnio zamożnego ziemianina. Jest to pogląd w pewnym sensie dość uproszczony ale oddaje istotę podziałów wewnątrz stanu ziemiańskiego w związku z tym poprzez dwór należy rozumieć siedzibę właściciela majątku, który należy do drugiej albo trzeciej klasy ziemiaństwa, włącznie z nowobogackimi i dzierżawcami. Maciej Rydel podaje 9 cech, które były typową cechą polskiego dworku, które pozwolimy sobie przytoczyć. Otóż był on budowany na wzniesieniu, otoczony był ze wszystkich stron parkiem. Od frontu znajdował się okrągły gazon. Dzięki specjalnemu usytuowaniu-położenie dworu orientowano na godzinę 11-wszystkie ściany były nasłonecznione, co chroniło budowlę przed zawilgoceniem i zagrzybieniem. Dwory były budowane frontem do drogi. Przed wejściem znajdował się charakterystyczny drewniany ganek, który pokrywany był gątem. Portyk opierał się na kilku kolumnach. Budulcem takiego dworku było najczęściej drewno modrzewiowe.
Wszystkie te cechy posiadał dworek w Cieszkowach, który był jednym z piękniejszych tego typu obiektów w powiecie pińczowskim. W 1856 roku został przebudowany i taką nosił datę na tympanonie nad kolumnadą głównego wejścia. Budynek z frontu był piętrowy, natomiast tył miał parterowy. Na parterze znajdowały się pomieszczenia gospodarcze, kuchnie, nad nimi znajdowały się trzy pokoje mieszkalne. Od wschodu przylegała do głównego budynku oranżeria. Połączona była dużymi oszklonymi drzwiami z salonem. We dworze było jedenaście pokoi i cztery pomieszczenia tzw. pomocnicze, czyli pralnia z maglem, spiżarnia, kredens, ciemnia fotograficzna i dwie ubikacje.
W salonie i pokoju jadalnym na ścianach wisiało wiele cennych portretów rodzinnych, sztychów i miniatur oraz płócien Molly i Stefana Bukowskich. Oprócz obrazów ściany ozdabiały tkaniny, ceramika (m. in. seria Wadgewood) i zabytkowy XVII-wieczny zegar. Meble miały wartość zabytkową (empire i biedermeier). Poza tym we dworze znajdowało się pianino, fortepian i dwoje skrzypiec.
W letnie dni gospodarze i goście przebywali na werandzie pod południową kolumnadą ganku, a podczas upałów – północną.
Przed domem znajdował się gazon z klombami niskich róż. Wokół domu ogród miał charakter dekoracyjnego parku z ławkami. Wokół dworu rosły stare drzewa: akacje, lipy, brzozy, modrzewie, czerwony buk, sosna amerykańska, jesiony, orzech amerykański i aleja lipowa, która rosła “w podkowę”, obejmując budynek.
Oprócz właściciela, jego żony oraz dzieci we dworze zawsze mieszkali liczni rezydenci. Byli to zubożali krewni, stare panny, owdowiałe kuzynki itp. Czasowo przebywali też: nauczycielki córek, często ubogie krewne, guwernerzy.
Dwór nie mógł istnieć bez pracowników najemnych, którzy dzielili się na robotników folwarcznych, oficjalistów i służbę domową. W skład służby domowej wchodzili lokaje, pokojówki, kucharze i jego pomocnicy oraz ogrodnik. Ten ostatni opiekował się nie tylko ogrodem warzywnym, ale także oranżerią (zwaną także cieplarnią, a także froterował podłogi.
W rodzinie Bukowskich pokojówki podawały do stołu. Należało do niej także czyszczenie butów i ubrania, następnie sprzątanie jadalni i kredensu tj. pokoiku przed jadalnią w którym znajdowały się codzienne nakrycia jadalne. Ponadto, pokojówka przyrządzała na stole do śniadania i w miarę przychodzenia domowników, przynosiła z kuchni mleko, kawę, czy herbatę. Potem sprzątała sypialne pokoje i znowu przed 12-tą nakrywała stół do obiadu. Uprzednio sprzątała resztki śniadania i pozmywane naczynia chowała do szafki w kredensie. – Zanosiła kucharce wazę i półmiski. O ile osób było więcej t.j. 6-10 to półmiski prze stole obnosiła i zmieniała talerze. „ Bardzo mnie raziło, jeżeli któraś z gości miastowych bałamuciła zbierając sama talerze. Służba musiała być tak wyćwiczona, żeby Pani nie potrzebowała przy gościach wstawać od stołu. Już było źle, jeśli była zmuszona spojrzeniem zrobić uwagę obsługującej. – Pokojówka uważała, komu co podać, czy dolać.” – Do gości na przyjęcia ubierały się dziewczęta po krakowsku. (...) Wracając do obowiązków pokojówki – to po południu coś prasowała, albo sprzątała nie używane stale pokoje, aby były gotowe każdej chwili. A jak były wynagradzane:” Otóż w Skalbmierskiem dokąd za mąż wyszłam w początkach XX w. Płaciło się dziewczętom niedorosłym 12-18 rb. Rocznie, ale na ogół próżnowały okropnie i pomimo, że jedzenie miały tzw. trzeciego stołu mięso tylko w niedzielę, najczęściej jakąś starą wędzonkę) i mleko zbierane, na rano i wieczór żur, z trochą słoniny, wypasały się prędko. Chleb dostawały 2 bułki razowego około 5 kg, na tydzień. Na obiad na zmianę była kasza, lub kluski z mlekiem i ziemniaki czy kapista ze słoniną. Kaszy wydawa³o siź po ¼ a m¹ki ½ kwarty (litra na osobę. Na odmianę czasem kartoflanka na skórkach od słoniny.” -wspomina Janina Bukowska.
Oprócz pokojówek panie miała swoją zaufaną dziewczynę, nazywaną “panną”. Dziewczęta te towarzyszyły pani w bardziej intymnych sytuacjach, jak czesanie, ubieranie. Była także szafarką, która trzymała klucze od spiżarni. Towarzyszyła także pani w czasie spacerów, a także w innych sytuacjach, kiedy pani nie powinna być sama .
Janina Bukowska opisuje służbę u swojej siostry Zofii w Michałowicach. Była tam gospodyni o nazwisku Żarska, która miała do pomocy dziewkę do opieki nad tzw. „gadziną”, noszenia wody itp. Szwagier Jan Rafał Bukowski miał, jeszcze od czasów kawalerskich, do dyspozycji lokaja, którego zadaniem było sprzątanie 3 pokojów. Po przybyciu do majątku Zofii zatrudniono jeszcze 14- Hanię jako dziewczynę do pomocy młodej pani. Jadwiga Bukowska wspomina dalej, że gdy jej siostra spodziewała się dziecka zatrudniono akuszerkę, która w razie potrzeby zastępowała panią w gospodarstwie.
Emil Bukowski zapamiętał na całe życie z czasów gdy był dzieckiem wystawne biesiady u swojego dziadka Jana Kantego, na których było podawane mnóstwo potraw, zwłaszcza dań mięsnych.: ”Rodzice moi prowadzili dom skromny, ale otwarty, dużo bywało gości. Imieniny na Andrzeja nigdy się bez pijatyki nie obeszły” . Późniejsze przyjęcia już nie wydawały mu się tak bogate. Cezurą był upadek powstania styczniowego, kiedy to prawie zaniechano bogatego życia towarzyskiego i wszelkich zabaw. Dawała się we znaki trudna sytuacja materialna ziemian Panowało ogólne przygnębienie i nastrój żałoby. Emil Bukowski wspomina: „Najbiedniejsze teraz młode dorastające panienki, bo tej prawdziwej wesołości nie zaznają, a po zamążpójściu to i czasem trudno. O tych dawnych kuligach ani teraz słychać, tylko z opowiadania robią sobie smak starsi i młodzi.”
Jednak życie towarzyskie trwało nadal. Starano się bowiem utrzymywać dobre stosunki sąsiedzkie, a także spotykano się ze względu na dorastające dzieci, którym w ten sposób ułatwiano wejście w świat. Przyjęcia były także doskonałym miejscem na poznanie się młodych w celach matrymonialnych. Bardzo barwnie opisuje pamiętnikarz szlachecki sąsiedzkie przyjęcia i zabawy, najczęściej z okazji imienin, zwane “fetkami”. Oto świetny opis takiej uroczystości: “Opiszę tutaj jak się u nas lub w sąsiedztwie odbywają zabawy. Najczęściej takie fetki są w dniu solenizantów – goście zjeżdżają się ok. 8-ej. Panie w strojach jedwabnych, panny lekkie materiałowe – panowie we frakach – młodzi tańczą – a starzy zabawiają się wistem, wintem lub liczytantem. O 10-ej jest zastawiona herbata z wędlinami i różne przystawki – wszystko siedzące a o 1-ej kolacya – dania bywają polędwice, auszpiki z ryb, v. Kapłon, jarzyny, kalafiory v. szparagi – pasztet – pieczyste i lody albo inna legomina – wino zwykle węgierskie a na zakończenie to i grubszą chęć uraczyć sąsiadów – teraz nie każden pali i wino już zaczyna wychodzić z zwykłych przyjęć” .
Bale organizowano w czasie świąt. Przygrywała kapela ze wsi. W gminie Czarnocin jako najlepsi słynęli muzykanci z Pełczysk, wsi, której właścicielką była wówczas hrabina Potocka..
Pamiętnikarz wspomina też z 1896 roku wizytę u wspomnianej pani Potockiej z domu Wodzickiej, która również chętnie przyjmowała u siebie gości na obiadach.
Natomiast w październiku 1896 roku Emil Bukowski notował, iż mimo trudnych czasów życie towarzyskie ziemian nie zamierało: “Czasy ciężkie, my siedzimy w domu, no ale chłopcy Karol i Jaś hulają. Wspomina o balach w Piołunce należącej do Borkiewiczów oraz o 2 dniowym balu u Kosickich w Nagłowicach. Kontynuowane były także tzw bale obywatelskie organizowane głównie przez Towarzystwo Ziemiańskie w Kielcach. Emil Bukowski podaje, że nazywano te bale „błękitnymi” w związku z licznym udziałem w nich szlachty. Bale te odbywały się na terenie Resursy Obywatelskiej czyli dzisiejszego hotelu Bristol. Warto także wspomnieć o specyficznej formie kontaktów towarzyskich, tzw piknikach składkowych, które cieszyły się dużą popularnością zdażało się, że właściciele posiadłości na której się on odbywał musieli dopłacać do niego. Pamiętnikarz wspomina o tym z humorem „Był tu jeszcze piknik składkowy w Jakubowicach, ale deficyt duży się okazał, bo gospodarze po 25 rubli musieli dopłacić.” . Powoływano także rozmaite kluby: myśliwskie, hotele, resursy obywatelskie, kawiarnie o nazwie ziemiańska.
Bale i inne spotkanie towarzyskie były jedyną okazją dla młodzieży do poznania się. I jak to wówczas mówiono do znalezienia sobie żony. Jak widać z pamiętnika Emila Bukowskiego jego synowie także i w tym celu bywali na balach „Karol był w Warszawie przez tydzień, bawił się kilka razy. Janek w Kielcach bo miał zamiary na pannę Janczewską, ale ta rozbawiona i zepsuta hołdami”
Czasami te przyjęcia były bardzo wystawne i zawsze można było oczekiwać rewanżu ze strony sąsiadów. W notatce z 1888 roku Emil Bukowski tak opisuje zabawę w czasie świąt: „Było osób 60, koni umieściłem w stajniach 65. Bawili się do białego rana z prawdziwą przyjemnością. Muzyka była - chłopkowie z Januszowic, bo taniej kosztowali, a tu trzeba się oglądać na wydatki. Potem w kilka dni była podobna zabawa w Januszowicach u państwa Froelichów i w Cieszkowach u pana Kazimierza Frycza.”
Często bale połączone były z loteriami fantowymi. Zdarzały się także bale w modnych kurortach do których było zaliczane Busko-Zdrój, wtedy nazywany Busk. Bale były też dla pań okazją do zaprezentowania nowych modnych i eleganckich toalet :
W okresie wielkanocnym modne były tak zwane święcone, na których podawano gościom głównie słodycze, charakterystyczną cechą tych spotkań była godzina ich rozpoczęcia: a mianowicie południe. W 1890 roku Emil Bukowski był na takim proszonym święconym u doktora Możdżyńskiego.
Inną formą kontaktów towarzyskich wśród młodzieży były teatry amatorskie. Spektakle teatralne połączone z zabawą taneczną odbywały się także we dworze w Michałowicach. W pamiętnikach pod datą 1891 roku znajdujemy opis takiej zabawy: “U nas młodzi zaczęli grać teatr amatorski a ja się na to zgodziłem. Grali sztuczkę Bałuckiego Teatr amatorski. Scena była urządzona w wozowni, bardzo porządna ze wszystkimi wymaganiami. Osób było przeszło 60 a potem tańczyli do rana przy fortepianie – ogromnie się ubawili. Jako aktorzy występowali: mój syn Jan – Nusia Bukowska – panna Władysława Radziejowska – panna Jadwiga Rogoyska – pan Kazimierz Rogoyski, pan Mieczysław Sztejnbok, Antoś i Józio Dobrzańscy. Karol był za suflera. Ubawili się szczególnie na próbach bo po takowych konna jazda i tańczyli trochę.”
W latach dwudziestolecia międzywojennego nie urządzano już tak hucznych przyjęć. Właściciel dworu stawał się bardziej urzędnikiem niż “panem dziedzicem”. Prowadził rachunkowość, administrował gospodarstwem. Dwór ziemiański stawał się wyspecjalizowanym gospodarstwem rolniczym. Święta były okazją do odpoczynku, a nie hucznej zabawy: Tadeusz Bukowski, który zarządzał już od kilku lat majątkiem ojca tak opisuje sylwester i nowy rok 1937/38:
“Sylwestra spędziliśmy tak, jak każdy inny powszedni dzień. Ja tylko miałem moc roboty z obliczeniem wynagrodzenia służbowego. Za to Janek z kolegami organizowali na górze kabaret do godziny 1-ej w nocy. Rano w Nowy Rok już o 7.30 strzelali z batów i życzyli “niebieskiej koróny”, więc trzeba było fornali poczęstować wódką.”
Nastroje kresu pewnego świata oddaje Tadeusz Bukowski opisując ostatni bal przed wybuchem II wojny światowej gdzie sugestywnie kreuje nastrój grozy i przeczucie katastrofy: “Pod koniec sierpnia byliśmy na balu w Miechowie, gdzie był wisielczy nastrój. Tak nerwowej atmosfery nie spotykałem nigdy w życiu na żadnej zabawie. To nie był taniec, lecz jakieś tragiczne, szaleńcze, przedśmiertne drgawki w takt melodii “lambetwoka”. Coś, jak taniec z chochołem w “Weselu” Wyspiańskiego. Makabra!!!”
Duże odległości między dworami sprawiły, że kontakty pomiędzy domami ziemiańskimi były rzadkie i sporadyczne. Napięcia między ziemianami a wsią sprawiły, że ziemianie nie utrzymywali bliższych kontaktów z ludnością chłopską. Oczywiście zdarzały się wyjątki od tej zasady, ale generalnie można powiedzieć o pewnej samoizolacji ziemian ówczesnym społeczeństwie. Natomiast polowania były taką forma wzajemnej integracji, która dawała okazje nie tylko do wykazywania się sprawnością fizyczną ale i do tworzenia własnych kręgów towarzysko-majątkowych. Formę organizacji polowania jak i innych rozrywek wyznaczały u ziemian prace polowe. Wszak polowanie było tradycyjną rozrywką ziemian. Emil Bukowski zapisał ok. roku 1887:
“Stan zwierzyny – zające, trochę lisów, bardzo mało kuropatw - sarna i dzik, nawet przed kilku laty zabiłem jednego dużego, w moim lasku. Było tak: gajowy daje mi znać, że dzik leży pod dębem ja przeto z praktykantem z Budziszowic panem Średnickim a dla bezpieczeństwa każę gajowemu i drugiemu każę za nami postępować z siekierami ja podchodzę do dzika oglądam się na moją rezerwę – ci w nogi strzelamy na raz po dwa strzały i dzik kilkadziesiąt kroków leży tylko zębami kłapie – powstał spór kto zabił ale po rozerwaniu takowego kula przeszywszy serce ugrzęzła pod skórą a była z mojej broni odtylcowej – gdy Średnicki nabijał z góry innymi kulami.” .
Widać z tego opisu, iż tradycje myśliwskie nadaL były pielęgnowane w środowisku ziemiańskim, przypomina się nawet opis polowania z Pana Tadeusza A. Mickiewicza i tradycyjne spory to komu należy się trofeum.
Przyjęcia i bale były w dworach ziemiańskich coraz rzadsze, ale polowania urządzano nadal, zapewne dlatego, że były dużo tańsze w przygotowaniach i ściśle wiązały się z gospodarką leśną i planowym odstrzałem zwierzyny. Poza tym polowania przynosiły spory dochód. Zwierzyna była bowiem sprzedawana hurtownikom z Katowic i Krakowa. Polowania odbywały się bardzo często. Brało w nich udział po kilkunastu myśliwych. Zazwyczaj lasy były dość obfite w zwierzynę. Tadeusz Bukowski podaje, że na polowaniu w dniu 20. XI. 1935r. mimo iż był ustawiony w bardzo niekorzystnym miejscu bo na tzw. flance upolował 35 zajęcy, 2 kuropatwy i a bażanta. Upolowana zwierzyna była sprzedawana hurtownikom.
Dwór w Cieszkowach urządzał polowania “do spółki” z właścicielami sąsiadujących majątków. Takie polowania odbywały się wspólnie z Fryczami z pobliskich Probołowic ,każdorazowo na jesieni. Śniadanie przygotowywano we dworze w Cieszkowach.. Gdy myśliwi wchodzili, to na ganku czekały dziewczyny z drewnianymi nożykami i workami buty z błota wycierały. Przerwa w polowaniu i całe przyjęcie nie miało trwać dłużej niż godzinę, bo dzień krótki i myśliwi nie zdążyliby przejść całego terenu.
Tradycyjny bigos, wędliny przygotowane na stole – różne wódeczki – barszcz w filiżankach, pieczone kaczki na gorąco. Słodkie rzeczy nie były w zwyczaju – ale pani domu- Wanda Tadeuszowa Bukowska na koniec jedzenia podała wykwintne ciasteczka, bardzo myśliwym smakowały oraz rogaliki drożdżowe, którymi myśliwy wypchali sobie kieszenie by je pogryzać później na stanowisku. W jadalni posługiwały dwie pokojówki ubrane w stroje krakowskie i gdy ktoś usiadł – jedzenie podawały (nie baczono na godność, czy starszeństwo – to był wyjątek myśliwski).
Wspomnieliśmy, że to gospodyni organizowała myśliwskie śniadanie. Musiało być ono smaczne i posilne, a trwać nie dłużej niż pół godziny. Osobliwością śniadań myśliwskich było to, że uczestniczyli w nich wyłącznie mężczyźni w towarzystwie gospodyni domu:
“Przy stole myśliwskiem, prócz gospodyni domu, pań nie było, czasem tylko sąsiadka z Probołowic. (żeby się zorientować, ile osób będzie miała dziś wieczór u siebie-)
Rozstawianie myśliwych było ceremoniałem wymagającym od gospodarza niemałych umiejętności. Szczegółowy i fachowy opis prawidłowego ustawienie myśliwych i przebiegu polowanie możemy znaleźć w pamiętniku Tadeusza Bukowskiego, który był zapalonym myśliwym. Fragment ten cytuję w całości ze względu na jego trafność i widoczną znajomość tematu. “Na krótkiej granicy, długiego terenu, od środka “matni”, rozpoczynało się rozstawianie myśliwych, równocześnie w prawo i w lewo w odległości podwójnego zasięgu strzału, a więc około 100 kroków. Między myśliwych wstawiało się po 6-10 nagonki. Po obu końcach “matnia zaginała się w prawą lewą “flankę”, gdzie myśliwi i między nimi nagonka szli już “gęsiego” za sobą, ściśle śladem prowadzącego flankę po długiej granicy terenu zajmowanego tym “zakładem”. Całość w kształcie szerokiej litery “U”. Środkowe miejsca były dobre, lecz najlepsze dwa rogowe. Najmniej szans mieli pierwsi myśliwi na bocznych “flankach”. Chociaż różnie bywało. Niekiedy właśnie rogi i środek “matni” milczał, a zwierzyna wystraszona “matnią”, uciekała na flanki” i tam była kanonada. Cała “sztrajfa”, równym marszem posuwała się po wyznaczonym kierunku. Matnia cały czas środkiem terenu, a Flanki bokami. Na końcu miotu – mogło to być 2-3 kilometrów, flanki zamykały literę “U” tworząc “O” Wówczas łowczy na koniu z trąbką, albo flankowy myśliwy dawał sygnał, trąbiąc na lufie strzelby, że Sztrajfa się zamknęła i zamieniła się w “kocioł”. Z braku trąbki, strzelec wyjmował naboje ze strzelb i trąbił, przykładając wylot lufy do ust. To należało umieć. Podobnym hasłem odpowiadał mu z naprzeciwka środkowy strzelec matni, na znak, że głos doleciał. Na ten znak wszyscy zmieniali kierunek, schodząc się od środka. Teraz, zamknięta w kotle zwierzyna mogła się jedynie ratować przebiciem na zewnątrz, lub przyczajeniem się w jakimś ukryciu, aż go miną. Kiedy zacieśniający się krąg był już na tyle mały, że strzały mogły być niebezpieczne dla idących naprzeciw, wówczas prowadzący polowanie dawał sygnał trąbką, że do kotła strzelać już nie wolno. Wszystkie strzelby, trzymane dotychczas poziomo, podnosiły się w górę i z takiej pozycji można było skierować lufę w dół do strzału, ale jedynie poza kocioł do zwierzyny, która przebiła się poza kordon nagonki. „
Po południu odbywała się druga część polowania, tym razem w sąsiednim majątku u Frycza z Probołowic. Tam też odbywał się uroczysty obiad o godzinie dziewiętnastej, tym razem z udziałem pań. Panowie zjawiali się w smokingach i frakach, a panie w wieczorowych kreacjach. Tadeusz Bukowski opisuje wykwintne przyjęcia u Zygmunta Frycza (zwanego przez sąsiadów Zyziem). Kolację podawali tam dwaj lokaje w strzeleckich liberiach i białych rękawiczkach, a talerze wymieniała „subretka” w czarnej sukience z białym kołnierzykiem i małym raczej symbolicznym fartuszkiem. Pamiętnikarz wymienia także potrawy: łosoś, kawior, kwiczoły w galarecie oraz koniaki nalewki i kilka gatunków win zagranicznych. Później przechodzono do salonu gdzie podawano kawę, torty i likiery. Na papierosa panowie musieli oczywiście wychodzić do gabinetu pana domu, gdzie czekały na nich stoliki do kart.
Taedeusz Bukowski wspomina dalej: „Pan Zygmunt Frycz był najlepszym organizatorem polowań w okolicy. Każdego roku starał się zaskoczyć gości nową, a wielce pomysłową niespodzianką. Np. któregoś roku śniadanie myśliwskie podano w zupełnym odludziu wśród łąk, w starym drewnianym młynie”.
Młodzież wiejska uczestnicząca w nagonce dostawała bigos z chlebem i wódką.
Wieczorem, na zakończenie polowania wjeżdżały na podwórze fury z upolowaną zwierzyną. Najwięcej było zajęcy, czasem kilkaset sztuk, a także kuropatwy, bażanty oraz lisy. Upolowaną zwierzynę sprzedawano restauratorom w Krakowie.
Zwierzyny wówczas było dużo, ponieważ przestrzegano prawideł hodowli. Polować na swoim terenie łowieckim mógł tylko ten ziemianin, który miał pozwolenie na broń. Chłopom płacono za możliwość polowania na ich polach. Najczęściej wpłacano pewną sumę do kasy miejscowej ochotniczej straży pożarnej, w niektórych przypadkach gdy strażacy planowali cenniejszy zakup sprzętu zwracali się z prośbą o wypłatę za kilka lat z góry Chłopi byli powiadomieni, o terminie polowania i wiedzieli, że w tym czasie nie wolno nikomu przebywać na polu oraz wypuszczać tam zwierząt domowych.. Plagą właścicieli terenów łowieckich były zdziczałe, włóczące się psy i koty, które zwłaszcza wczesną wiosną czyniły duże spustoszenia wśród młodych zajączków i wyległych piskląt.
Zimą , zwłaszcza przy obfitych opadach śniegach, właściciele lasów dokarmiali zwierzynę. Tępiono również sroki, jastrzębie.
Pamiętnikarz zaznacza, że bardzo ściśle przestrzegano terminów ochronnych, zgodnie z obowiązującym kalendarzem łowieckim.
Tadeusz Bukowski wymienia co miało największy wpływ na ilość zwierzyny w poszczególnych majątkach a była to: żyzność gleby, pofałdowanie terenu, liczne krzaczki, podkarmianie, ochrona przed szkodnikami, jak i walka z kłusownictwem.
W świetle pamiętników rodziny Bukowskich stwierdzenia Mieczysława B. Markowskiego jakoby: “Aspekt gospodarczy polowań stopniowo tracił na znaczeniu, zyskiwał zaś aspekt sportowo-rekreacyjny” są w świetle omawianych pamiętników nieścisłe. Bukowscy, mimo iż ich majątek nie należał do dużych do 1939 roku urządzali u siebie polowania, w których ilość ubitej zwierzyny wcale nie była wcale mała, co wynika z przytoczonego wcześniej cytatu z pamiętnika. Prawie całą zwierzynę wysyłano do Krakowa i Katowic, co - jak pisze Tadeusz Bukowski - dawało całkiem niezły dochód.
Potwierdza się natomiast to że: “(...) uczestniczyły w nich osoby zaprzyjaźnione i należące do tego samego kręgu towarzyskiego” . Tak oto opisuje początek polowania Tadeusz Bukowski:
“Na umówiony termin i miejsce w terenie, zjeżdżali się zaproszeni myśliwi. Było takie towarzystwo wzajemności. Zapraszało się tych, którzy i mnie radzi widzieli na swoich łowach.” .
Według pamiętników Tadeusza Bukowskiego polowania odbywały się w prawie wszystkich okolicznych majątkach. Niekiedy jak w przypadku Cieszków było ono urządzane przez dwa sąsiednie zaprzyjaźnione majątki.
Dobre wydanie dzieci za mąż było jedną z głównych trosk ziemian. Młodzież poznawała się przy okazji balów oraz przyjęć urządzanych podczas imienin. “Na te zabawy zjeżdżały panny (na pokaz) pod opieką rodziców. Nawiązywały się flirciki i często młody człowiek składał w domu wizytę i o ile posag panny odpowiadał potrzebom kawalera – dochodziło od małżeństwa.(...) Najszczersza miłość musiała się stłumić o ile warunków odpowiednich nie było.” –wspomina Janina Bukowska. Jak widać z powyższego cytatu, przy zawieraniu małżeństwa ważną rolę odgrywały względy materialne, oraz właściwe pochodzenie.
Dla młodej pary robiono meble na zamówienie u stolarza, co było o wiele tańsze niż kupowanie sprzętów gotowych. W okolicy Cieszków było kilku znanych i cenionych stolarzy, Tadeusz Bukowski wymienia Anielskiego ze Skalbmierza i Bobowskiego z Wiślicy. Trzeba zaznaczyć, że stolarze wykonywali meble według wzorów z albumów krajowych i zagranicznych.. Można było zamówić meble tradycyjne oraz zgodne z panującą wówczas modą. Zamawiając niedaleko miejsca zamieszkania ograniczano znacznie koszty transportu.
Młoda para otrzymywała także liczne podarki ślubne, które koniecznie musiały być praktyczne np. pościel, kołdry, poduszki, wyposażenie kuchni, zastawę stołową, sztućce, i inne temu podobne .
Wyprawa panny młodej na którą w przypadku panien pochodzących z domów ziemiańskich oprócz spłaty z majątku, składały się biżuteria, zastawa stołowa (często srebrna), pościel, bielizna stołowa, komplety talerzy itp. Stanowiła znaczny wkład majątkowy.
Już w dwudziestoleciu międzywojennym nie przestrzegano tak ściśle zasady, że żoną ziemianina musi być kobieta z tej samej sfery społecznej. Przykładem jest małżeństwo Tadeusza Bukowskiego, którego żona była z wykształcenia nauczycielką i córką nauczycieli z Chrzanowa. To był pewien wyjątek od obowiązujących ówcześnie zasad. Najczęściej małżeństwa ziemian zawierane były w tej samej grupie majątkowej co głównie służyło utrzymaniu a nawet pomnożeniu majątku. Niemałą rolę stanowiły także prezenty ślubne od rodziny i znajomych.
“W ogóle prezenty mi się sypią z różnych stron. Wczoraj np. Agnieszka Zającówna przyniosła mi śliczny talerz pod tort, a profesor Zając – nóż do krajania tortu.”, - wspomina Wada Malisz przyszła żona Tadeusza
Bukowskiego.