Rozdział III 

Zagadnienia gospodarcze w świetle pamiętników

Pamiętniki rodziny Bukowskich, na których oparta jest niniejsza praca opisują historię dwóch majątków w powiecie pińczowskim. Michałowice i Cieszkowy.
Michałowice były własnością autora najstarszego pamiętnika Emila Antoniego Bukowskiego, którzy odziedziczył go po swoim ojcu Andrzeju. W 1912 roku po śmierci Emila przejmuje go jego syn Jan ożeniony z Zofią z Ryszkiewiczów. O tym okresie działalności majątku znajdujemy nieco wiadomości w pamiętniku Zofii oraz ich syna Jerzego Bukowskiego, który otrzymał wykształcenie techniczne nie przejął już majątku. Od roku 1923 zostaje on wydzierżawiony sąsiadowi Ludwikowi Slaskiemu z Turnawca. W rękach rodziny Bukowskich zostaje tylko dwór i niewielki obszar koło niego. Jerzy Bukowski mieszkał na stałe już w Warszawie i ze swojej pensji, jak pisze w pamiętniku niemałej pomaga w utrzymaniu dworu.
Drugi majątek, o którym mowa w pamiętnikach, to Cieszkowy. Został on kupiony przez Emila Bukowskiego dla swojego drugiego syna Karola ożenionego z Janiną z Ryszkiewiczów Bukowską, rodzoną siostrą w/w Zofii. O tym majątku mamy bardzo dokładne opisy dotyczące tak życia jak i gospodarki. 
W dwóch pamiętnikach: Janiny z Ryszkiewiczów Bukowskiej, żony Karola oraz jej syna Tadeusza Bukowskiego rolnika z wykształcenia i zamiłowania, który do 1945 roku prowadził samodzielnie majątek w Cieszkowach.

Rys historyczno-gospodarczy majątku w Michałowicach

Emil Antoni Bukowski odziedziczył majątek po swoim ojcu Andrzeju. Jako jedyny syn nie miał innego wyjścia jak zająć się rolnictwem do którego nie miał zbytniego zamiłowania Pisze o tym jego wnuk Jerzy: “Sam dziadek Emil – o wybitnych uzdolnieniach matematycznych, uważał technikę za godziwy zawód i sam chyba z woli Ojca (pradziadka Andrzeja) nie z własnego zamiłowania osiadł na roli. Dowodem tego była zresztą jego nie najlepsza gospodarka na tak “złotym” kawałku ziemi jaki stanowiły Michałowice.” 
“Słownik Królestwa Polskiego i innych Krajów Słowiańskich” tak opisywał Michałowice: “wieś i folwark, pow. Pińczowski, gm. Czarnocin, parafia Stradów. Odległość 20 wiorst od Pińczowa, posiada młyn wodny. W 1827 r. 15 domów mieszkalnych, 99 mieszkańców. – Długosz podaje 2 opisy Michałowic: w pierwszym – dziedzicem był Piotr Grabiński herbu Strzemię, w drugim Korzeński tegoż herbu, w pierwszym dziesięcina idzie do Dzierążni, w drugim do Stradowa. Było tu wtedy 6 łanów kmiecych, zagrodnicy i folwark (ob. Długosz II 66 i 417).
Folwark i wieś Michałowice rozległość mórg 329, grunta orne i ogrody mórg 262, łąk mórg 19, pastwisk mórg 1, lasu mórg 30, nieużytki i place mórg 17, budynki murowane 2, z drzewa 14, płodozmian 11 polowy. Wieś Michałowice osad 28 z gruntami mórg 49. Majątek posiadał inwentarz żywy w ilości: 20 koni w tym ogier pół angielski, klacz wierzchowa półarabska, źrebaków 5 , krów 22, i około 10 cieląt i jałówek. 
Jak wydać z powyższego opisu majątek w Michałowicach był dość duży położony na urodzajnej ziemi pińczowskiej powinien przynosić godziwy dochód. Niestety jak już napisano wyżej Emil Bukowski nie był zapalonym rolnikiem. A że był zapas gotówki umieszczonej w Listach Zastawnych Towarzystwa Kredytowego Ziemskiego to jak pisze Zofia z Ryszkiewiczów Bukowska: 
“W Michałowicach był zawsze suty dostatek, gdyż pieniądze w gotówce zawsze były (...) więc choć Michałowice nigdy nie dawały tego, co dawać mogły, zawsze był dostatek, nigdy żadnych kłopotów materialnych.” 
Emil Bukowski prowadził gospodarstwo dość chaotycznie. Wprowadzał różne nowości, unowocześniał zmieniał uprawy ale tak ocenia jego gospodarowanie jego synowa Zofia:
“Nie był też Ojciec świetnym administratorem, choć był rachunkowy, to znaczy nie wydawał pieniędzy lekkomyślnie, natomiast w gospodarstwie nigdy żadnych rachunków nie prowadził, szło wszystko z pełnego jak z worka. Miewał różnych rządców, ekonomów lepszych czy gorszych (...) Ojciec wtedy gospodarował sam i gospodarstwo upadało coraz bardziej, coraz więcej sprzedawało się listy zastawne. Doszło do tego, że gdy po śmierci Matki Ojciec został sam, nie wystarczało mu na życie, sprzedawał resztę listów zastawnych .
A tak oto charakteryzował gospodarstwo w Michałowicach sam właściciel Emil Antoni Bukowski:
“Gospodarstwo w Michałowicach u mnie płodozmienne oparte na rzepaku i pszenicy, ale plonu nie ma.” 
W gospodarstwie w Michałowicach już za czasów Emila a więc w drugiej połowie XIX w stosowano już siew rzędowy zamiast rzutowego oraz kiszonki na paszę zimową dla bydła: “Siew rzędowy uważam za o wiele lepszy od rzutowego, przeto go nie używamy. Słomy mniej po nim.(...). Dla inwentarza paszę zielną dołuję nawet w deszcz wozić nie szkodzi, aby tylko dobrze ugniatać na dole.” 
Emil należał w gminie Czarnocin do pionierów w uprawie maku oraz buraków cukrowych., więc powyższa krytyka jego poczynań dokonana przez synową nie była do końca sprawiedliwa. Wspomniane buraki uprawiał do spółki ze swoim siostrzeńcem Antonim Dobrzańskim z Budziszowic, wybitnego nowatora agrarnego ,którego sukcesy gospodarcze uzyskały rangę ogólnopolską. Opisując rok 1890 wspomina- “W lutym byłem w Kijowie z Antonim Dobrzańskim w interesie zawarcia kontraktów na nasiona buraków – interes zrobiliśmy niezły, bo kontrakt na lat 3 a pewność daje firma Zabłocki i Szmit (polski- kaucyą w wysokości 1.000 rubli – jeśli on nie zbankrutuje, bo rzuca się na bardzo wielkie interesa i zobowiązań dotrzyma – zdaje się uczciwy człowiek. Główny interes mają Budziszowice a ja tylko należę w części do spółki interes o marchew pastewną do pół spółki - pastewne buraki sam na siebie.” 
Podpatrywał także Emil nowinki gospodarcze u sąsiadów: “Sadzenie marchwi widziałem u p. Karola. Frycza w Cieszkowach pod pług i u siebie to myślę zastosować – ogromna oszczędność ludzi. Marchew, która za długa, to się ucina koniec.” 
Emil Bukowski narzeka w swoich pamiętnikach na nadmiernie wysokie podatki i cła narzucone przez zaborców.:
“Wszystkie podatki gminne rozkładają z morgi, okropnie to niesprawiedliwe, szczególnie do niektórych kategorii”. “Podatek jaki płacimy, wyjąwszy raty Towarzystwa Kredytowego, to jest na wójta, sądy, szkołę, gruntowy, podymne” .
Emil Bukowski gospodarował w Michałowicach do swojej śmierci tj. do 1912 roku. Następnie przejął majątek jego syn Jan Rafał mający przygotowanie do prowadzenia gospodarstwa – ukończył szkołę rolniczą w Czernichowie . Tak o tym pisze jego wnuk Jerzy Bukowski:
“Ojciec mój po śmierci Dziadka Emila zabrał się do porządkowania gospodarki. Pomogły mu pewne rezerwy wyniesione z Kąpiołek (majątek jego teścia, w którym gospodarował do 1912 roku) Notabene w związku z decyzją przenosin do Michałowic Dziadek Ryszkiewiczów zdecydował parcelację Kąpiołek.” 
Przed I wojną światową Jan Bukowski doprowadził majątek do stanu kwitnącego jak pisze jego wnuk “urodzaje roku wojny były fantastyczne” . Wojna spowodowała znaczne braki w gospodarstwie, szczególnie odczuwało się braki w inwentarzu. A co za tym idzie trudności w uprawie przy małej ilości koni oraz brak nawozu do użyźniania pół.
Na domiar złego Jan Rafał Bukowski stracił zainteresowanie do prowadzenia gospodarstwa. Tak o tym pisze jego syn Jerzy:
“Właściwie już gdzieś od roku 1918, zainteresowanie, a raczej “pasja” gospodarowania zaczęły u Ojca zanikać – za wcześnie, dobiegał w tym czasie dopiero pięćdziesiątki” . I nieco dalej: “Zauważyłem też dość wcześnie (...) niekorzystne zjawiska w zawieranych kontraktach sprzedaży zboża, prowadzące pomału, ale wyraźnie do sprzedawania “na pniu”. Wprawdzie generalny odbiorca, kupiec z Działoszyc (...) był w miarę porządnym człowiekiem jak i potem jego syn, który po przedwczesnej śmierci Jankla objął interesy, to jednak... z reguły przedwczesne sprzedaże były niekorzystne” . Jerzy Bukowski dalej pisze, że ojciec, wcześniej pogardliwie się wyrażał o ziemianach sprzedających “na pniu”, nagle sam zaczął w ten sposób gospodarować. 
Na domiar złego Jan Bukowski zaczął powoli, po małym kawałku, sprzedawać ziemię. Syn tak przedstawia tą sytuację: “Za każdym razem kiedy na wakacje przyjeżdżałem do Michałowic dowiadywałem się, że jakieś drobne paromorgowe skrawki zostały sprzedane” . Trzeba dodać, że na Michałowicach ciążyła jeszcze suma spłaty najmłodszego brata Stefana , który skończył studia malarskie i mieszkał stale w Warszawie.
Jerzy Bukowski uświadomił sobie, że ojciec nie potrafi już dobrze gospodarować, szczególnie gdy zawarł wyjątkowo niekorzystny dla siebie kontrakt sprzedaży pola wraz ze strugą, pozbawiający Michałowice “prawa wodnego” na całej długości tej rzeczki. Tak o tym przykrym wniosku pisze sam Jerzy: ”(...) przekonałem się, że mój Ojciec nie jest już nie tylko dawnym dobrym gospodarzem, ale że każdy sprytny kontrahent, może go wyzyskać. W tych warunkach odsprzedaże ciągle jeszcze marginesowych terenów majątku, choć przez swoją marginesowość z uwagi na usytuowanie dla nowonabywców, mających wartość wyższą niż proste morgi parcelacyjne – wprawiły mnie w przerażenie.” 
Jerzy Bukowski studiujący wówczas na Politechnice Warszawskiej zastanawiał się nawet nad porzuceniem studiów i przejęciem majątku. W końcu znalazł inne wyjście. Po uzyskaniu pełnomocnictwa od ojca wydzierżawił majątek sąsiadowi wspomnianemu już Ludwikowi Slaskiemu z Turnawca, którego pola przylegały do michałowickich. Jerzy Bukowski podaje takie warunki tej dzierżawy: “Uzgodniliśmy warunki (1q pszenicy rocznie od 1 morgi + dodatkowe drobniejsze świadczenia pozwalające czy ułatwiające prowadzenie domu i po prostu życie w Michałowicach moich rodziców. Wyceniany przez uzgodnionych rzeczoznawców inwentarz, który p. Ludwik wykupywał, dawał dodatkową sumę, w moim zamyśle rezerwową, do umieszczenia w jakiejś formie w sposób rentowny.” 
Umowę dzierżawną zawarto na lat 10. Później tj. w 1935 roku została ona odnowiona z niewielkimi modyfikacjami.
Renta dzierżawna na skutek spadku cen zboża, przestała wystarczać na utrzymanie dworu, toteż przez wszystkie lata przed II wojną Jerzy dopłacał na utrzymanie dworu ze swojej pensji.
Michałowice stanowią klasyczny przykład majątku rodowego. Od kilku pokoleń należącego do jednaj rodziny, ale na skutek błędów w gospodarowaniu, a także innych niż rolnicze zainteresowań poszczególnych właścicieli i ich spadkobierców stał się ciężarem dla ostatniego spadkobiercy. Utrzymywany ze względów sentymentalnych dwór, częściowo z dochodów uzyskanych z pensji zarobionych w mieście, służył dla młodszego pokolenia jako letnisko.

Rys historyczno-gospodarczy majątku Cieszkowy

Inaczej wyglądała historia Cieszków. Przypomnijmy co na ten temat napisał Jan Długosz. Wyróżnia on Cieszkowy Wielkie (Czeszkow Maior) i Cieszkowy Małe (Czeszkow Minior). Pierwsza to wioska należąca do parafii kościoła w Probołowicach.Jej dziedzicem był Jan Rabsztyńskim, będący szlachcicem z domu Toporczyków. Znajdowało się w niej 6 łanów kmiecych. Oddawana była dziesięcina snopowa i konopna dla prepozytury wiślickiej. W wiosce tej znajdowała się karczma położona przy drodze z Wiślicy do Skalbmierza, zwana ”Narożnicą". ”Cała dziesięcina wynosi od 7 do 8 grzywien. Dziedzicem Cieszków Małych był też wspomniany Jan Rabsztyński z Kraśnika z rodu Toporczyków. W tej wiosce znajduje się 9 łanów kmiecych, z których oddawana jest dziesięcina konopna i snopowa dla prepozytury wiślickiej, o wartości 10 grzywien. Długosz dodaje, że wioska nie posiada żadnego folwarku szlacheckiego, ani karczem, ani zagród, ani młyna. .W XIX wieku wioska Cieszkowy należała do powiatu pińczowskiego. W 1827 roku były tam 24 domy, w których mieszkało 198 mieszkańców. W wiosce znajdował się folwark o wielkości 545 mórg, w tym grunta orne i ogrody wynosiły 457 mórg, łąki 47 mórg lasu 21 mórg, a 21 mórg lasy i nieużytki. Stosowano płodozmian polowy. Budynków murowanych było 4,drewnianych 12.Wieś liczyła 42 gospodarstwa, o powierzchni łącznej 228 mórg, natomiast pobliska wioska Krzyż liczyła 7 gospodarstw o powierzchni 64 mórg. O Cieszkowach wspomina też ks.Jan Wiśniewski, który w swoich peregrynacjach badawczych dotarł do parafialnych wiosek Ponidzia-w tym przypadku do Probołowic. Nie wnosi on nic do historii tej wioski ponadto co napisał o Cieszkowach Jan Długosz. Wspomina o starym spichlerzu, który jest własnością p.Karola Bukowskiego,” spichlerzu, który był kiedyś kościołem arjańskim” . Poświęćmy temu charakterystycznemu dla wioski zabytkowi kilka zdań. Otóż ,ten budynek został wzniesiony w XVII wieku. Jako zbór ariański użytkowano go przez następne 100 lat. Później przekształcono go w lamus i spichlerz dworski. Nad odrzwiami znajdują się sentencje łacińskie, prawdopodobnie zatarty napis erekcyjny i napis w języku polskim ze św.Mateusza. . Obok tego zboru znajdował się do do lat 1945-46 dwór zbudowany w 1859 roku według projektu Stanisława Postawki. Na jego miejscu od 1966 roku znajduje się szkoła. Ten majątek dość późno stał się własnością Bukowskich. W 1909 roku Karol Bukowski wydzierżawił go od Felicjana Mieroszewskiego sąsiada i przyjaciela. Warunkiem umowy było kupno 120 morgów co stanowiło 1/3 majątku. Gdy po paru latach Mieroszewski postanowił Cieszkowy sprzedać jedynymi kupcami byli Karolowie Bukowscy, ponieważ do wygaśnięcia dzierżawy pozostało jeszcze 7 lat i posiadali już część majątku. Tak o tej transakcji pisze Janina z Ryszkiewiczów Bukowska żona Karola: “Trzeba było gotówki na kupno Cieszków, więc uradziliśmy, że Ojciec sprzeda Kąpiołki, a Jankowie obejmą Michałowice, z których spłacą Stefana. Miałyśmy też po kilka tysięcy od Babki Maciejewskiej, która sprzedała w Warszawie kamienicę” .
Jak widać z powyższych opisów majątek był duży i miał urodzajne gleby. Janina Bukowska podaje, że był dobrze zagospodarowany i miał obszerny dobrze utrzymany dwór. Dla Karolów Bukowskich, którzy wcześniej dzierżawili niewielki Bugaj leżący nieopodal był to wyraźny awans . Janina Bukowska wspomina przenosiny: „Tak w 1909 roku przeprowadziliśmy się do Cieszków. To było zaraz obok, tak, że np. lampy w rękach dziewczyny przenosiły. Zostaliśmy w tej samej gminie i parafii, tylko w pięknym pałacu i na gospodarstwie z dobrą kulturą i inwentarzem” . Na zakup Cieszków Karolowie musieli zaciągnąć w Towarzystwie Kredytowym Ziemskim dług, który stanowił bardzo duże obciążenie dla majątku nie pozwalał na wprowadzenie większych inwestycji.
Cieszkowy jak wszystkie majątki bardzo ucierpiały w czasie I wojny światowej. Szczególnie dało się odczuć brak inwentarza i koni; tak wspomina te czasy Janina Bukowska: „Nasze gospodarstwo w Cieszkowach było bardzo zniszczone brakiem inwentarza. Dobrzański namówił Karola żeby z Nim pojechał za Nidę, gdzie można było kupić konie, a pieniądze z kwitów wojskowych były. Przyprowadził parę sztuk, ale to wszystko było mało na zaperzoną ziemię. Przez źle zrozumianą oszczędność, gospodarstwo podupadło – choć była dewaluacja Karol pieniędzy wydawać nie chciał.” 
Karol Bukowski po wojnie załamał się i popadł po prostu w skąpstwo. Nic nie pozwalał w majątku zmienić ani w nic zainwestować, nawet nitki przy pruciu starych rzeczy się wysnuwało, aby wykorzystać je ponownie. Pisze o tym Janina Bukowska: “Przez źle zrozumianą oszczędność, gospodarstwo podupadło – choć była dewaluacja Karol pieniędzy wydawać nie chciał.” Świadczy o tym także fragment pamiętnika syna Tadeusza Bukowskiego: “Ojciec mój, wprawdzie ukończył rolniczą szkołę w Czernichowie, a później wydział rolniczy na U.J., to jednak jakoś dziwnie gospodarował. Wszystkim sąsiadom udzielał bardzo chętnie prawidłowych rad fachowych, ale u siebie jakoś nie dostrzegał podstawowych błędów agrotechnicznych i organizacyjnych. Zwłaszcza po katastrofalnym pożarze stodoły 1914 r. w której spłonęły całe zbiory pszenicy, jęczmienia i koniczyny nasiennej, a wojna zabrała wszystkie konie i krowy. Ojciec tak się załamał psychicznie, że stał się zupełnym abnegatem i skąpcem, nazywając to “oszczędnością”.
Do dziś nawet z perspektywy półwiecza, nie umiem sobie tego wytłumaczyć, ani usprawiedliwić.” 
W tej sytuacji Tadeusz Bukowski syn Karola w 1933 roku przejmuje administrację majątku. Miał już wtedy wykształcenie rolnicze – skończył wydział rolnictwa na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Po skończeniu studiów administrował fermą doświadczaną O.T.T. i KR w Sielcu pod Skalbmierzem a następnie był plenipotentem hrabiny Ponińskiej w majątku Dembiany Wiślickie. Przejął więc majątek ojca mając już dość duże doświadczenie w tego rodzaju pracy. Tak o niej pisze:” Gdy opuściłem Dembiany, Ojciec, pod naporem sąsiadów i wuja Władka Dobrzańskiego z Jerzym Bukowskim, zdecydował się: Co będziesz się obcym wysługiwał, możemy razem gospodarować. To był mój życiowy błąd, że się na to zgodziłem, poświęcając swoje młode siły i zapał na “ratowanie ruiny”.
Na służbie u obcych byłbym się dorobił, a tu tylko straciłem cały dembiański zarobek.
Wprawdzie zgodziłem się stawiając warunek, że będę na stanowisku płatnego administratora z rejentalnym upoważnieniem do zastępowania właściciela (tak mi doradził p. Zygmunt Frycz i wuj Włodek Dobrzański) – we wszelkich sprawach majątkowych.
Nawet składkę w związku pracowników rolnych nadal opłacałem.
Musiałem “zakasać rękawy” i zacząć wszystko od początku:” 
Jeszcze w czasie pracy u hr. Ponińskiej kupił Tadeusz do Cieszków 4 konie. Po przejęciu administracji majątku wszystkie pieniądze wcześniej zarobione wydał na konieczne spłaty m. in zaległe podatki i spłaty TKZ. Po długich targach udało mu się namówić ojca na sprzedaż części pola co dało konieczną gotówkę .
Zmienił organizację pracy, poszczególnych pracowników zrobił odpowiedzialnymi za pewien odcinek pracy np. kowal odpowiadał za sprawność maszyn rolniczych, “pierwszy fornal” za ustawienie wozów, kołodziej za sprawność wozów. Dzięki temu nie musiał codziennie wydawać szczegółowych poleceń co który ma robić sami pilnowali swoich obowiązków do administratora należało tylko dostrzeżenie w porę ewentualnych braków. 
Wprowadził też właściwy płodozmian co poprawiło wydajność pól. Zadbał także o poprawienie jakości ziarna siewnego. Tak o tym pisze w liście do narzeczonej w 1936 r. : “Na gwałt teraz młócę pszenicę do siewu. Dla poprawienia jakości, sprowadziłem zarodowego żyta i pszenicy, każdego na obsiew jednego pola, co mi pozwoli w przyszłym roku odświeżyć cały obsiew. – Tegoroczny jęczmień zakwalifikowali kupcy w Katowicach (podług próbki) do I-szej kategorii browarnego.” 
Rozpoczęta została także prawidłowa hodowla, od 1936 roku dzielnie pomagała w gospodarstwie Tadeuszowi żona Wanda z Maliczów Bukowska Zajmowała się ona hodowlą drobiu oraz ogrodem a w czasie nieobecności męża całym gospodarstwem. Tadeusz Bukowski tak pisze o zwierzętach hodowanych w Cieszkowach:
“Kury zielononóżki polskie prowadzone były jako stado zarodowe pod stałą kontrolą indywidualnej nośności. Każda kura miała na nodze obrączkę z własnym numerem. Nośność doprowadzona była do 180 jaj rocznie od kury (Blisko rekordu). Podobnie kaczki “Pekiny” wzbudzały zachwyt swoją wielkością i smacznym mięsem. Waga jednej sztuki 4,5 – 5 kg. Gęsi “Pomorskie” – chyba dwa razy większe od tutejszych chłopskich. Gospodynie wiejskie gotowe były zapłacić każdą cenę za odstąpienie choć kilku jak na rozmnożek. Świnie “Wielka Biała Angielska” też były w cenie jako prosięta. Owce cienko-runne białe z czarną główką i nogami. Wełny nie sprzedawaliśmy, lecz posyłało się do Leszczkowa, gdzie przerabiali ją na materiały odzieżowe zgodnie z wybranymi przez nas zworami i kolorami na postawie próbek. Z przysłanych pocztą gotowych materiałów, szył nam krawiec suknie ,ubrania, płaszcze, czy burki. Z odpadków były wspaniałe koce (Owce – Sausdauny).” 
Dwór współpracował stale ze “Sklepem Kolonialnym” Borzysławskiego w Chorzowie, słynną restauracja ”Hawełka” w Krakowie, która bardzo ceniła powidła z Cieszków jako dodatek do firmowego, nie mniej słynnego bigosu . Do innych sklepów odstawiane były zabite na polowaniach zwierzęta oraz półgęski. 
O modernizacji swojego gospodarstwia na dwa lata przed wojną Tadeusz Bukowski pisze tak: “Rok 1937/8 (...) Musiałem zacząć od podstaw: W produkcji rolnej ułożyłem nowy płodozmian. Przeprowadziłem wszelkie możliwe melioracje. Na łąkach oczyściłem rowy, usuwając zbędne krzaki. W polach rozorałem zbędne granice między polami, będące dotychczas schronieniem dla myszy i rozmnażalnią chwastów. Tak przybyło co najmniej pół morgi gruntu. Oczyściłem staw “Ogrodowy” z półmetrowej warstwy szlamu, który wywieziony na blisko położone pole, poprawił jego żyzność.” Wszak, stawy od wieków były związane z dworem wiejskim. Początkowo zakładane przy grodach, by wzmocnić ich obronność, z biegiem lat stawały się miejscami hodowli ryb. Początkowo stosowana w tym typie hodowli metodę ekstensywną, która polegała na tym, że staw opuszczano co cztery lata i z wody wybierano większe ryby, zostawiają miejsce na odrost na kolejne cztery. Funkcja gospodarcza stawów zaczęła rosnąć od czasów pojawienia się na ziemiach polskich karpia, nowej ryby słodkowodnej ,która nie była znana w okresie średniowiecza. Rozkwit jego hodowli następuje w XIX wieku ,kiedy to w istotny sposób zwiększyło się zapotrzebowanie na na ryby. Wybitnymi hodowcami karpia z dorzecza górnej Wisły to byli: Tomasz Dubisz, który był zarządcą domeny Habsburgów w Cieszynie, A .Gasch z Kaniowa, A.Gostkowski z Tomic pod Wadowicami, Rudzińscy z Osieka pod Oświęcimiem i inni. 
W Cieszkowach wykorzystywana była każda możliwość zarobku. Staw ogrodowy został zarybiony karpiami i przynosił niemały jak podaje Tadeusz Bukowski dochód:
“Późną jesienią, pod koniec listopada, po uzgodnieniu terminu i ceny i odebraniu zadatku (by nabywca nie zawiódł), spuszczało się wodę ze stawu i kilkukilowe karpie, opłukane w czystej wodzi, po zważeniu, zabierał kupiec żydowski o nazwisku Pieprz (z Działoszyc) do beczek na wozach. Staw miał obszar zaledwie 0,25 ha zwierciadła wody. Średni plon ryb osiągałem 200-220 kg, co równa się : 800-880 kg/ha, co w porównaniu z ceną i dobrym plonem pszenicy, dawało pięciokrotnie wyższy zysk.” 
Przed samym wybuchem II wojny światowej jak pisze Tadeusz Bukowski majątek został doprowadzony do bardzo dobrego stanu: „Sprawy gospodarcze układały się coraz lepiej i już było widać wyniki mojej i Wandy pracy. Urodzajność pól wzrosła wyraźnie i przez to dochodowość z upraw polowych. W stajni konie młodo i dobrane, a stadnina źrebaków gwarantowała stały dopływ coraz lepszych koni, a może i dochód z tego działu hodowli. Krów przybyło i średnia mleczność obory prawie się podwoiła. Dochód ze sprzedaży mleka, odstawionego do mleczarni, którą miałem na miejscu, pokrywał wynagrodzenie miesięczne robotników dniówkowych. Wełna z rasowych owiec, przerobiona w Leszczkowie, zapewniała ładną i solidną odzież dla rodziny. Świnie, prócz spiżarni, zapełniały kasę gospodarstwa domowego, do czego też pomagały kury, kaczki, gęsi i indyki. To już domena Wandy. Ona też dumna była ze swoich sukcesów w ogrodnictwie. Dwór pokryliśmy już 2/3 dachu blachą ocynkowaną, a stajnię – na nowym dachu, dachówką Odonowską. 
Ważnym posunięciem Tadeuszów Bukowskich było także pozbycie się żydowskich pośredników. O ile było to możliwe starali się sprzedawać produkty albo bezpośrednim odbiorcom albo dużym hurtownikom. Np. ogród, który na lato zwyczajowo dzierżawił pachciarz z Działoszyc, Mordka Hofman młodzi Bukowscy zaczęli zajmować się nim sami i okazało się że jest to dużo bardziej opłacalne.
Historia tych dwóch majątków będących własnością rodziny Bukowskich wykazuje jak ważne szczególnie w okresie międzywojennym było zaangażowanie właściciela w sprawy gospodarcze i jego umiejętności prowadzenia majątku. Michałowice, których właściciele nie interesowali się zbytnio rolnictwem a młodszy syn właściciela Jeremi wprost mówił, że nie lubi patrzeć bo zboże tak wolno rośnie, musiały zostać wydzierżawione sąsiadowi dobremu rolnikowi inaczej groziło bankructwo. Natomiast Cieszkowy, które przejął zamiłowany rolnik Tadeusz Bukowskich, mimo trudności przed wybuchem II wojny zostały wyprowadzone z długów i zaczęły dawać całkiem niezły dochód. Ważna też była rola żony Tadeusza Wandy z Maliczów, która prowadziła dużą część gospodarstwa (gospodarstwo drobiowe, ogród), co też dawało niewielki dochód pokrywający utrzymanie dworu.. 

Rola Żydów w gospodarce dworskiej

Jak wynika z pamiętników rodziny Bukowskich Żydzi odgrywali ważną rolę w gospodarstwie ziemian polskich aż do wybuchu wojny w 1939 r. Przede wszystkim byli Żydzi pośrednikami w handlu artykułami rolnymi. Związane to było z religią, bowiem Żydzi jedli tylko ten nabiał ,który był przerabiany w obecności ich współwyznawcy. Żyd pachciarz, mieszkający przy dworze, odbierał mleko z każdego udoju : “(...) przy każdym dworze mieszkał żyd “pachciarz”, który odbierał z każdego udoju mleko, u siebie w mieszkaniu przerabiał na użytek swoich współwyznawców. W miasteczkach Żydom wolno było jeść nabiał tylko ten, który był wydojowy i przerobiony pod kontrolą Żyda. Taki pachciarz służył zwykle dziedzicowi za faktora, to jest pośrednika-doradcę, stręczył służbę, czasem i kupca na zboże, załatwiał w mieście sprawunki – głównie mięso przywoził.” 
Cały niemal handel prowadzili Żydzi. Poczynając od drobnych handlarzy skupujących skórki z królików, zajęcy, pierze, drób, nabiał, owoce, aż do handlarzy zbożem i żywcem. Dla każdej wsi i majątku był jeden Żyd, który u rabina wykupywał tzw. “hajzówkę” . Było to prawo talmudyczne, które zakazywało Żydom podkupywać innego Żyda. W ten sposób Żyd właściciel “hajzówki” nie miał konkurencji.
Żyd towarzyszył także ziemianom w ich częstych wyjazdach do pobliskich miasteczek. Dostarczał wiadomości i plotek na każdy temat. Jadwiga Bukowska tak pisze o wyjazdach, w czasie których zatrzymywano się w zajeździe w Pińczowie na odpoczynek:
“Wtedy zjawiał się właściciel zajazdu faktor – Herszla Solowicz – Żyd czyściutko ubrany, gładki w obejściu. – Pytał “co słychać u Jaśnie pana?” – Udzielał informacji jakich kto sobie życzył. Wszystko wiedział, we wszystkim pomógł. – Jaki u kogo stan majątkowy, jaki posag będzie miała ,która panna w okolicy. – Postarał się o odpowiednią dla każdego służbę, kucharza, ogrodnika, rządcę, czy dla kawalera, o pokojówkę: “Blondynka, inteligentna, podstrzyżona, ładna, jednym słowem do wszystkiego”. 
Żydzi lubili podkreślać swoją odrębność wobec ziemian. Ich uprzejmość była ceremonialna i nawet nadmierna. We wspomnieniach Janiny Bukowskiej czytamy:
“Naturalnie, że żaden żyd przy Panu usiąść nie śmiał – zabawiał rozmową stojąc z dala, aby nie drażnić cebulowym “cuchem”. Żydzi wszyscy i bogaci kupcy chodzili w długich chałatach – chyba, że już był lekarzem, czy adwokatem, to się modniej, jak wszyscy ubierał. – Żydówki po ślubie obcinały (goliły) głowy i chodziły w perukach, biedne miały okropne te peruki, najbiedniejsze czepce, ale rzadko.” 
Ziemianie znali zwyczaje Żydów, szanowali je i ich przestrzegali. Na przykład “Żyda można było poczęstować tylko samą herbatą, w szklance, bo wszystkie inne jedzenie było trefne. – Prosił, żeby cukier dać osobno, bo połowę zwykle chował z papierku do kieszeni. – Chętnie przyjmował ładną mąkę, bo z niej o ile we wsi była żydówka, to Mu upiekła z jajkiem chałkę – Żydówki umiały pod blachą zwykłej kuchni w wygrzanym palenisku po obiedzie upiec śliczną pulchną chałeczkę. – Czasem ja prosiłam, żeby dla nas pachciarka upiekła.” 
Tadeusz Bukowski opisuje, że gdy był w czasie studiów na praktyce w Dalechowicach spotkał tam nieuczciwego handlarza żydowskiego, który proponował mu wódkę aby wydał mu więcej zboża niż było w asygnacie: “Taka wyjątkowo dobra droga, chętnie wziąłbym 10 zamiast tylko 8q, a że niema na asygnacie co to szkodzi, ja panu zapłacę od razu gotówką. No trochę taniej (...) . Bukowski nie skorzystał z “okazji” a na domiar złego:
“Kilka dni później, pojechałem na walne zebranie Związku Ziemian, gdzie wobec wszystkich zebranych opowiedziałem o metodach tego popularnego kupca zbożowego. – Wykończyłem go, ponieważ wszyscy, solidarnie odmawiali mu sprzedaży czegokolwiek z płodów gospodarstwa. Musiał się przenieść do innego województwa.” 
Żydowscy kupcy nie działali w pojedynkę, ale zawsze pozostawali pod kontrolą rabina .Popularne porzekadło głosiło, że “każdy dziedzic ma swojego żyda, a każdy żyd ma swojego dziedzica”.
Jeśli przybyły z miasteczka kupiec chciał coś lokalnie załatwić, to musiał wstąpić najpierw do pachciarza i jemu oddać część swojego zarobku według ceny ustalonej w bóżnicy przed szabasem, lub po szabasie na rynku. Wolno było kupującemu np. zboże, dać rolnikowi cenę niższą od ustalonej, ale w żadnym wypadku więcej. Jeśli omijając pachciarza (pacht = dzierżawa), transakcję zawarto np. na drodze, lub na środku rynku w miasteczku z dowolnie zaczepionym przez rolnika handlarzem, to ten musiał przy najbliższej sposobności, dać część zarobku pachciarzowi tej wsi, z której pochodził nabywany towar. W innym przypadku dochodziło do awantury przed rabinem. Pachciarz nie musiał wszystkiego kupować i dostarczać dziedzicowi, ale on był “tak uprzejmy że mówiąc “Ja tu Panu przyślę dobrego kupca” i biorąc odpowiedni haracz, kierował tegoż, ale z ustaloną z góry ceną. Kupcowi wolno było okpić dziedzica, ale nigdy nie nadwerężył dobrych stosunków ze “skromnym i życzliwym” pachciarzem. „Życzliwy” pachciarz, albo podstawiony Żyd z miasta, chętnie udzielał nieograniczonego kredytu, biorąc każdorazowo, “za taką grzeczność” wekselek z podpisem przy świadku. Znane były wypadki, że lekkomyślny dziedzic, ani się spostrzegł, kiedy sumy na wekselkach przewyższyły wartość całego majątku z dworem, a nawet niekiedy z meblami. Wówczas jakiś Icek, czy Jankiel stawał się rejentalnym „jaśnie panem”, a pan dziedzic z walizeczką znikał ze wstydem “ w siną dal”. 
Michałowice miały swojego Icka Wolfa, który dzierżawił dworski młyn.
Tadeusz Bukowski:” Pamiętam tego siwego starca z długą brodą, ubranego w religijne, rytualne szaty (Na ramionach szeroki ręcznik z czarnym haftem na końcach z długimi frędzlami. Odziany był w długi do ziemi prawie, atłasowy chałat. Na czole umocowane “dziesięcioro przykazań”) w sześciennej szkatułce – około 5 cm – obszytej czarną skórką. Na głowie czarny kołpaczek z dużym otokiem z lisiego ogona, lub skóry tchórza. (Stał, podczas nabożeństwa żałobnego na pogrzebie dziadka Emil, pod chórem, plecami do ołtarza, a twarzą przy ścianie. Mocno się kiwając do przodu, odmawiał swoje modlitwy za umarłych. Nikt mu nie przeszkadzał. Utkwiło mi to w pamięci (1912) jako piękny gest połączenia wspólnych uczuć, z zachowaniem osobistych form religijnych.” .Trudno o bardziej wzruszający opis ukazujący wzajemną koegzystencję dwóch religijnych światów.
Sad w Michałowicach również wydzierżawiano Żydowi, który na cały sezon sprowadzał się z miasteczka. Przybywał on z całą rodziną a nawet z kozą, a ich mieszkaniem stawał się szałas wybudowany w sadzie. Wokół niego kopano rów, aby woda deszczowa mogła odpływać na boki.
Jedną część szałasu zajmował ogrodnik z rodziną a drugi bok i tył szopy stanowił chwilowy magazyn dla zbieranych owoców. Obok znajdowała się wykopana w ziemi, suszarnia owoców.
„Było to małe palenisko, silnie rozszerzone ku górze i nakryte „lesą”, czyli sitem z plecionej wikliny ujętej w ramę czterech desek. Całość po wypełnieniu cienką warstwą owoców, przykrywano workami, przez które przesączała się para rozgrzanych owoców. Owoce były raczej uwędzone. Suszenie wymagało czujnego podtrzymywania maleńkiego ognia z suchych gałązeczek, zbieranych przez dzieciaki po całym pięciohektarowym sadzie. Silny płomień mógłby łatwo spalić „lasę” z owocami. Sadownik dawał zadatek, lub nawet płacił z góry czynsz dzierżawny sadu, wyzyskując przewidziany dochód. (Jeden silny grad może zniszczyć wszystkie owoce). Ponadto był sadownik zobowiązany oddać umówiony “odsyp” tj. pewną ilość wiśni, jabłek, gruszek, śliwek i orzechów – na wagę; . 
W Cieszkowach Tadeusz Bukowski postanowił jednak zajmować się sadem bez pomocy Żyda. Okazało się, że suszone owoce przynoszą niezły dochód.
“Nie zadymiony susz, sprzedawało się dopiero po zakończonym sezonie zbiorów. Owoce doborowe wysyłaliśmy, paczkowane w sadzie, wprost z drzewa pocztą na zamówienie, lub hurtownik zabierał całym wozem wprost z sadu”. 
Opisane przykłady współżycia i współpracy Żydów-pachciarzy i właścicieli ziemskich układały się dość dobrze ze wzajemną korzyścią.
W pamiętnikach Bukowskich nie wspomniano o właścicielach ziemskich pochodzenia żydowskiego. Jest to znamienne. M. B Markowski w swojej książce “Obywatele ziemscy województwa kieleckiego” pisze, że Żydzi nabywający majątki nie byli przez sąsiadów akceptowani i nie przyjmowano ich w okolicznych dworach, chociaż trudno dopatrzyć się w postawie ziemian znamion antysemityzmu. . 
Rejestrując wypowiedź ustną Jana Bukowskiego dla kronikarskiego obowiązku przypomnijmy nieistniejący już świat żydowskich handlarzy, przypomnijmy ich nazwiska i „specjalność” handlową z terenu gminy Czarnocin w okresie międzywojnia. Byli to: Jankiel Kaczko z Działoszyc zajmował się handlem zbożem z dworami Cieszkowy i Budziszowice: Aron Zinden z Wiślicy handlował zbożem, Uryś Pieprz z Działoszyc handlował rybami, Icek Wolf był młynarzem w Michałowicach, Mordka Hofman był pachciarzem w Cieszkowach, Zyskind Zejba pachciarzem we dworze w Budziszowicach, Horszla Solowicz faktorem w Pińczowie i Buchman z Buska-Zdroju zajmował się handlem końmi. 

Oficjaliści

Każdy dwór pełnił przede wszystkim funkcje instytucji o określonej strukturze wewnętrznej, którym związani byli ludzie pracujący na rzecz właściciela jak i na swoje utrzymanie. Zespołem kierował właściciel – w Cieszkowach był to najstarszy syn właściciela majątku - z zespołem współpracowników.

“Administrator” był odpowiedzialny za dochodowość gospodarstwa. Właściciel pozostawiał sobie jedynie troskę o dysponowanie pieniędzmi, decydowanie o zakupach oraz korzystanie z przyjemności wiejskich, jak polowania i prowadzenie życia towarzyskiego, w kraju, lub za granicą. We dworze w Cieszkowach administrator nie występował.
Na mniejszych majątkach, obowiązki plenipotenta spełniał sam właściciel, bądź powierzał je administratorowi.
“Rządca” – odpowiadał jedynie za techniczną stronę gospodarki na jednym folwarku, wykonując ogólne polecenia właściciela czy administratora. Często miał ukończoną średnią szkołę rolniczą, gdy od administratora żądano już wyższych studiów, lub wieloletniego doświadczenia w samodzielnym gospodarowaniu.
“Ekonom” – był to pół-inteligent rolny, taka “prawa ręka” kierującego gospodarstwem, taką samą rolę spełniał praktykant. 
“Włódarz” – nadzorował roboty końmi, w szczególności jakość i ilość wykonanych upraw i obrokowania koni. Na włódarza najczęściej awansowano najlepszego doświadczonego fornala.
“Karbowy” – nadzorował roboty ręczne w podwórzu, gdzie był gospodarzem, utrzymywał porządek w stodołach i przy stawianiu stert, za które był odpowiedzialny. Fornal przywożący snopy z pola, rachował je głośno podając widłami na “warztę”. Gdy doliczył do ... “osiem-dwadzieścia, dziewięć-dwadzieścia” – zaznaczał nieco głośniej: “pół kopy!” i rachował dalej ”Jeden-półkopy, dwa-półkopy, trzy-półkopy... itd. Jeden-czterdzieści (...) Kiedy zbliżał się od sześćdziesięciu, krzyczał na całą stodołę: “Kopa!” wówczas karbowy odpowiadał sakramentalne: “Dawaj drugą” dając tym dowód, że przyjął zgłoszenie i kozikiem nacinał jeden “karb” na ładnie wystruganym kołeczku długości łokcia. Co dziesiąty karb, wyrzynał ukośny krzyżyk. Stąd nazwa funkcji: karbowy. Karbowany kołek oddawał wieczorem składając raport dzienny w kancelarii majątku, przy czym omawiano plan robót na jutro. –
“Polowy” dozorował prac ręcznych w polu, gdzie był gospodarzem.
“Magazynierem” zostawał emerytowany, zaufany oficjalista, on też doglądał udoju. Powyżej omówione funkcje i stanowiska były często łączone zależnie od wielkości gospodarstwa. Każdy “fornal” miał przydzielone cztery konie i do pomocy miał parobka, który powoził drugą parą, gdy zaszła konieczność rozdzielenia czwórki. Niejako godłem i nieodstępnym atrybutem fornala był czterokonny bat. “Pokaż mi swój bat, a będę wiedział jaki z ciebie fornal” .

Fornale

Przy pracach polowych wykorzystywano głównie konie. Opiekę nad nimi sprawowali fornale z których każdy miał pod swoją opieką czwórkę koni. Tereny gminy Czarnocin, położone na krańcach byłego imperium carskiego były przez zaborcę ze względów strategiczno-wojskowych, celowo pozbawione dróg bitych. Polskie drogi na których konie zapadały się po brzuchy stawały się tematem do wielu legend i opowieści np. droga, czyli ”końska krzywda”. W takich warunkach do niewielkiego, jednotonowego wozu zaprzęgało się 4 konie.
Do osobistego wyjazdu powozem, czy “wózkiem”, też utrzymywano się 4 “cugowe”, którymi powoził “foszman” w krakowskiej kierezji i czerwonej rogatywce z pawimi piórami” . 
Do kolei przed I-wojną światową jeżdżono kilka godzin do Kielc, Jędrzejowa czy Charsznicy, lub Kocmyrzowa. Później kiedy to powstała wąskotorowa kolejka sprawa transportu została znacznie ułatwiona . Sprawa transportu dla tamtejszych dworów była kwestią kluczową, dlatego konie i zawiadujący nimi fornale byli elitą służby dworskiej.
“Dobry fornal dbał o konie – Powiadano, że gdy zapytać służącego – czyje to konie? A odpowiedział “moje!” to dobry człowiek. Jeśli odpowie: “nasze” to też niezły – ale jeśli odpowie że “pańskie”, to nic niewart.
Było powiedzenie: “Pokaż mi swój bat, a będę wiedział jaki z ciebie furman!”. Stosowano także próbę, czy warto godzić na służbę chłopaka – jeśli podane mu jedzenie jadł szybko i z apetytem, to dobrze, ale jeżeli się namyślał i wolno żuł – to taki będzie i w robocie.” 
Fornal dostawał mieszkanie – jedną izbę z komorą na “czworakach” opał, jedną “laskę” ziemi pod ziemniaki na nawozie – utrzymanie dla krowy, ordynarię: 14 metrów ziarna rocznie i jakąś gotówkę. Najporządniejsi byli tacy, którzy mieli dużo dzieci, bo każdy musiał dostarczyć prócz siebie jeszcze przynajmniej jednego robotnika do polowej roboty. Jeśli nie miał swojego, to musiał się postarać o “czeladnika”, który dostawał 1 kwintal. ziarna i dniówkę. Fornale, lub ich czeladnicy, sypiali w stajni na wspólnym “wyrku” aby w razie jakiegoś wypadku np. zaplątania w łańcuch konia poratować .
Jeżeli w którymś dworze do gotowania trzymano kucharza, to ten zajmował się także ogródkiem warzywnym – sam uprawiał to, co mu do kuchni było potrzebne. – „U nas był ogrodnik, który co rano pytał w kuchni, co potrzeba i meldował co ma już od użytku nowego w ogrodzie” 
Zadaniem ogrodnika było utrzymywanie porządku wokół dworu, musiał co rano zamieść oba ganki i chodniki wokoło pałacu. W zimie palił w piecach i doglądał małej cieplareńki tzw. “oranżerii” przy salonie. – Przygotowywał i sortował nasiona kwiatów i warzyw do siewów wiosennych . Pewnym rytuałem, zwłaszcza przy uroczystościach typu wesela, dożynki, ale i umiejętnością było sprawne strzelanie z batów, co charakteryzowało fornali. W pamiętnikach czytamy:
“Przypomina mi się zwyczaj, który już musiał zaginąć – to strzelanie z batów. Wspominałam o zwyczaju jeżdżenia czwórką koni, przy wielkich błotach, ciężkiego wozu para nie wyciągnęła. Przy powozach, choć drogi były czasem dobre, już do fasonu należała czwórka. Furman miał bat czterokonny. Długi sznur na parę metrów uczepiony do biczyska, a na końcu musiał mieć pędzelek z włosia. Tem odpowiednio zamachniętym – powstawał odgłos strzału. Strzelał “Foszman” gdy do dworu dojeżdżał, dawał sygnał tem, tak jak pocztylion trąbką. – Na przyjęciach imieninowych, weselach, czy życzeniach noworocznych furmani zbierali się pod oknami sali biesiadnej i kilku naraz strzelało, wtedy Solenizant, czy gospodarz posyłał im flaszeczkę wódki, czy upominek w złotówkach. Furmani recytowali życzenia: “zdrowia, szczęścia i fortuny, a w niebie złotej koróny!” . Z dworami były też związane profesje dziwne ale jakże pożyteczne. Taką postacią był tępiciel szczurów.-„Szczurzacz Dawid:, był starszym człowiekiem, niewidzącym na jedno oko.” - pisze Tadeusz Bukowski Najczęściej pracował z córką, która pomagała mu w dworach zakładać trutki na myszy i szczury. Wszędzie był mile widziany, bo trutka była skuteczna. Prosił o trochę mąki i zagniatał z niej z trucizną kluseczki. O ile nie miał córki do pomocy, to trzeba było z nim chodzić i pokazywać w budynkach gospodarczych, a także w domu dziury porobione przez gryzonie, bo niedowidział jednym okiem. 
Powiadano w Cieszkowach, że “dziedzic do dozoru gospodarstwa miał ekonoma, czy rządcę. – Pani, całą gromadę służby domowej.” 

Dwór i wieś

„Mamy obowiązek zająć się w sposób bardziej czynny ludem wiejskim, nie dać się od współżycia z nim i harmonijnej współpracy odrywać przez intruzów wsi polskiej” - pisał Jan Lutosławski - cytując wystąpienie do ziemian 
o.Rostworowskiego ( znanego i popularnego wśród tej warstwy rekolekcjonisty) podczas ogólnopolskiej pielgrzymki ziemian do Częstochowy w 1937 roku. Takie apele-zwłaszcza u kresu II Rzeczpospolitej- wychodzące ze strony ziemiańskiej często pojawiały się w różnych dokumentach sygnowanych przez autorytatywnych przedstawicieli tej warstwy. Trudno jest dociec co było ich powodem, czy autentyczna troska o przebudowę gospodarczą wsi, czy próba podniesienia aktywności społecznej ziemiaństwa czy też widoczne już zagrożenie wojenne . Pierwsze instytucjonalne kontakty chłopów z ziemianami-po I wojnie światowej - na rzecz społeczności wiejskiej miały miejsce w ramach powoływanych na mocy Rozporządzenia Ministra Rolnictwa i Dóbr Państwowych z dnia 23 marca 1920 roku gminnych, powiatowych i wojewódzkich komitetach pomocy rolnej. W ich skład wchodzili przedstawiciele różnych związków i instytucji działających na ówczesnej wsi. W tych gremiach obok siebie zasiadali ziemianie i chłopi. Była to autentyczna, mimo klasowych sprzeczności działalność dla dobra wspólnego. Ogrom zniszczeń wojennych, potrzeba odbudowy gospodarstw i zagród, sprawił, że obie te warstwy społeczne zbliżyły się do siebie, chociaż Stanisław Linowski, ziemianin z Zięblic nie pozostawia w tej materii żadnych złudzeń. W swych, niepublikowanych pamiętnikach stwierdza, że w okresie międzywojennym przepaść między wsią a dworem, będąca skutkiem świadomej polityki zaborców długo będzie nie do usunięcia. Zwłaszcza na terenie byłego zaboru rosyjskiego o takiej współpracy nie było mowy. Wzajemna nieufność wywołana dominacją dziedzica nad wioską, antagonizmy klasowe, odziedziczony konflikt na tle serwitutów, tradycyjny głód ziemi na wsi i jej przeludnienie, zacofanie cywilizacyjne wsi i niski poziom oświaty ludności chłopskiej nie służyły wzajemnemu przełamywaniu narosłych przez wieki stereotypów. Antagonizm ten wykorzystywany był do walki z warstwą ziemiańską przez działające w II RP partie lewicy oraz radykalnych ludowców. Dlatego też zatargi między wsią a dworem-wyolbrzymiane przez propagandę prasową wspomnianych partii - były immanentną cechą ich programów politycznych. Zdarzało się, że dziedzic był obciążany za wszystko zło dziejące się na wsi. 
Na tym tle stosunki między dworem a wsią w Cieszkowach, majątku Bukowskich zawsze były poprawne, jeśli nie liczyć drobnych zatargów, a w dwudziestoleciu międzywojennym nawet bardzo dobre. Wynikało to zapewne z demokratyzacji stosunków między dziedzicem a chłopami. Dobre stosunki ze wsią były także osobistą zasługą Tadeusza Bukowskiego, który nigdy nie odmawiał chłopom różnorakiej pomocy - najczęściej weterynaryjnej, lekarskiej (oczywiście, na miarę zasobności dworskiej apteki), a także udzielał się społecznie w organizacji Kółek Rolniczych i Ochotniczej Straży Pożarnej. 
Stosunki za czasów jego dziadka Emila Bukowskiego nie były tak sielankowe. Oto dowiadujemy się z jego pamiętnika, że: 
“W Kielcach miałem sprawę z włościanami o rozmaite zatargi które komisarz sądził na miejscu jak mu powiedzieli nie mając prawa tego rozbirać bo te kwestye o służebności i stare już były raz sądzone – wygrałem wszystko, tylko kawałek wygonu przy Piekle dać musiałem. Nie ma się co dziwić, że chłopi są nienasyceni bo ich (buntują) ciągle łajdaki komisarze włościańscy...” . Przedmiotem sporów bywały serwituty: “Służebności gdzie są to kość niezgody i ciągłego niepokoju a stosunki rozognione od wieków nie mogą się złagodzić.” . Mimo drobnych zatargów ze wsią Emil Bukowski poczuwał się do działalności na rzecz wsi. Kiedy dowiedział się, że w Łaniowie w powiecie sandomierskim hr. Moszyński założył kasy pożyczkowe dla włościan, chwalił jego postawę: “... dla tychże i jest dobrodziejem i opiekunem o ile może swoich poddanych i kmiotków. Taki przykład wart publicznej pochwały. Władza już na skutek tego przyczepiała się do niego, ale jakoś szczęśliwie z tego wybrnął. Założył serowarnię w Łoniowie.” . 
Poza tym o pewnym napięciu w stosunkach między dworem a wsią na przełomie wieków świadczy też skarga chłopów z wioski Mękarzowice na Dozór Kościelny parafialnego kościoła w Czarnocinie znajdująca się archiwum Diecezjalnym w Kielcach. Prawdopodobnie chłopi ci stali się ofiarami lokalnej manipulacji a ten dokument -pochodzący z 1911 roku- opublikowany przed kilku laty na łamach sublokalnej ”Gazety Kazimierskiej” wywołał żywą polemikę. W obronie zaatakowanych w „skardze” ziemian zabrał w niej głos prof. Zbigniew Gertych. 
Kiedy rząd powołał Bank Włościański , pobierając fundusze z Towarzystwa Kredytowego Ziemskiego Emil Bukowski stwierdził z goryczą:
“...ale nam upomnieć się o swoje nie wolno. Łatwo być dobrodziejem z cudzej kieszeni. Nam o zużytkowanie w ten sposób tego funduszu nie chodzi, tylko o to, aby lud wiedział i miał powiedziane, że w części nam się należy powinna wdzięczność za to.” Czasami wszakże doznawał satysfakcji, jak podczas pierwszej wystawy włościańskiej w Miechowie, zorganizowanej przez Gabryela Godlewskiego , który był działaczem działaczem rozbudzającym ducha w włościanach lubo wielkie przeszkody trzeba zwalczać, ale mu się w części udało. Zapewne miłe dla ucha pana Emila były słowa chłopa wypowiedziane na wspólnym obiedzie, “że przyjdzie czas, że otrzymamy to co nam się słusznie należy i dziękujemy wam panowie, że nas oświecacie i tak jakby z błota za uszy wyciągacie. Drugi mówił, że tak jak za Jagiełły był związek tak i my powinniśmy iść razem wszystkie stany.” Pamiętnik ten akcentuje jednak patriarchalne poczucie wyższości Emila Bukowskiego nad chłopami, chociaż widzi on także potrzebę społecznej aktywności chłopów.
Jednak zmiany wymuszają sami chłopi: “W tymże 1903 r. zawiązała się spółka włościańska, sami chłopi tego chcieli. Należy do niej Dobrzański, dwóch księży i Karol.” . Pierwsze włościańskie Kółko Rolnicze w Kraju zorganizował p. Gabriel Godlewski z pod Miechowa – zalegalizował to jako “Spółkę Handlową” .
Wspominał także pan Emil, że dworze uczono dzieci służby i wiejskie ponieważ szkoły ludowe były b. nieliczne i uczęszczać do nich mogły tylko dzieci gospodarzy. W szkołach tych wolno było uczyć w języku polskim tylko w I półroczy klasy pierwszej. Uczono wówczas tylko sposobem pamięciowym
Nauka we dworze była zakazana przez władze zaborcze i odbywała się tylko wieczorami ale jak pisze Janina Bukowska: „W Cieszkowach starsi ludzie z dawnej służby, tylko dzięki nam potrafili coś napisać.” 
Tradycją była także pomoc lekarska dworu dla wsi. Zawsze we dworze musiała być dobrze zaopatrzona apteczka w podstawowe leki dla ludzi oraz weterynaryjne. Pomocą w razie nagłych wypadków zajmowała się zwykle pani domu. Nie uchylał się też od tej tradycji pomocy lekarskiej Tadeusz Bukowski w dwudziestoleciu, który w swoim pamiętniku zanotował jedną z takch „akcji” pomocy: “O godzinie 10.30 stukanie do okna, poprzedzone nieśmiałemi krokami. – Browning! Latarka! I pytam Kto? Słyszę głos Kudły: “Teściowa dostała strasznych boleści i torsji, żeby ją ratować: “Inozjemcow”, piołunówka i terpentyna z amoniakiem, apteka w ruch! No i jakoś spokój – dotąd nie zjawili się po konie po księdza, po lekarza, ani po trumnę – wnioskuję, że babie się polepszyło po moich lekach.” 
We dworze w Cieszkowach znajdował się zestaw narzędzi chirurgicznych ,które przetrwały zawieruchy wojenne a także środki opatrunkowe oraz lekarstwa i zióła. Dwór był w posiadaniu strzykawek oraz ampułek zastrzyków przeciw tężcowi, wściekliźnie, różycy, kolce itp. Tadeusz Bukowski wspomina, że takich medykamentów-dla ludzi i zwierząt była pełna szafa. „Leczyłem bezpłatnie, nawet żadnych materialnych “dowodów wdzięczności” nie przyjmowałem.” 
Z dawnych czasów pozostały formy uniżonego zwracania się do dziedziców “w naszej rodzinie mówili “Wielmożny Panie...” albo “Panie Dziedzicu...” – bo sama “pani” to była też rządczyni, czy jakaś krawcowa. – Dawniej był zwyczaj uchycania państwa za nogi – z tego weszło w użycie kłanianie przez kobiety ręką ku ziemi, a chłopi też b. nisko czapką i to na drodze, gdy się jechało w obcych nawet okolicach nam jako “panom ludzie tak się kłaniali” .
W dwudziestoleciu międzywojennym modne były także rozmaite kursy gotowania i pieczenia, kurs trykotarski itp. 
Inną formą pomocy dla wsi były tzw. Kasy Stefczyka, które stosunkowo bardzo szybko się spopularyzowały osiągając poważne sumy wkładów oszczędnościowych oprocentowanych i dużych obrotów pożyczkowych. Zabezpieczano i gromadzono np. sumy posagowe, czy spadkowe. Zaciągano pożyczki na dłuższe terminy i tzw., a wszystko oparte na wzajemnym sąsiedzkim zaufaniu . 
Kółko Rolnicze odbyło szereg wycieczek krajoznawczych i szkoleniowych. Na przykład “do Gdyni, aby zobaczyć morze i spróbować płynięcia na statku.” .
Tadeusz Bukowski przełamywał dawne niechęci. Pewnego razu okazało się, że przed deszczem na “pańskie” pola przybyli też chłopi ze wsi, aby ratować zboże przed zmoknięciem: “Kiedy dojechałem (...) zobaczyłem z miłym zdziwieniem, że wśród moich wozów są i chłopskie zaprzęgi z naszej wsi z własnym podawaczami. – “Grzech, aby taka sucha pszenica zamokła, tośmy przyjechali pomóc.” Takich miałem ludzi, taka była wieś.” – konkluduje autor pamiętnika. 
Niewątpliwie na dobre stosunki ze wsią dworu w Cieszkowach składały się społecznikowskie pasje właściciela Tadeusza Bukowskiego, który działał w Ochotniczej Straży Pożarnej i był jej założycielem: “podczas których tam ferii akademickich zrobiłem kurs i zdałem egzamin komisyjny na oficera ochotniczych straży pożarnych. Korzystając z pomocy mojego Ojca i doświadczenia, jako weterana Czernichowskiej Ochotniczej Straży Pożarnej, zorganizowaliśmy najpierw naszej wiosce wzorowy odział O.S.P., a następnie w czterech sąsiednich wsiach.”.