Wierność małej Ojczyźnie


    Patriotyzm „dużej" Ojczyzny opiera się zawsze na wierności Ojczyźnie „malej”: wsi, miastu, regionowi. Tę wierność można odnaleźć zarówno w postawie opisywanej przez Krzysztofa Nurkowskiego rodziny Bukowskich jak i postawie samego Autora.
Badając jako historyk przeszłość swej najbliższej okolicy: Czarnocina, Cieszków, Michałowic, dotarł do przedstawicieli związanej z tym terenem zasłużonej ziemiańskiej rodziny Bukowskich. Pozostawione przez Bukowskich pamiętniki i dokumenty oraz rozmowy z żyjącymi przedstawicielami rodziny pozwoliły Krzysztofowi Nurkowskiemu stworzyć pełniejszy, prawdziwszy obraz swej „małej" Ojczyzny. W okresie komunistycznym nie tylko zlikwidowano ziemiaństwo jako warstwę społeczną, starano się również wymazać jego istnienie z pamięci zbiorowej lub przynajmniej zohydzić, wykorzystując narosłe przez wieki uprzedzenia.
„Wzajemna nieufność wywołana dominacją dziedzica nad wioską, antagonizmy klasowe, odziedziczony konflikt na tle serwitutów, tradycyjny głód ziemi na wsi i jej przeludnienie, zacofanie cywilizacyjne wsi i niski poziom oświaty ludności chłopskiej nie służyły wzajemnemu przełamywaniu narosłych przez wieki stereotypów " - pisze Nurkowski. Autor starał się te dawne stereotypy przełamywać pokazując na przykładzie Bukowskich, że przedstawiciele ziemiaństwa byli przede wszystkim dobrymi gospodarzami, uczestniczącymi również czynnie w codziennym życiu wsi m.in. przez organizowanie i wspieranie kółek rolniczych, kas pożyczkowych, straży pożarnych oraz rozmaitych akcji dobroczynnych. Dwór był zazwyczaj ośrodkiem kultury naukowej, artystycznej oraz rolnej. Można się przekonać, że nie było to zjawisko odosobnione sięgając do monumentalnych acz pisanych z wielkim talentem literackim dzieł prof. Witolda Pruskiego: dwutomowej „Historii hodowli zwierząt gospodarskich w Galicji 1772 - 1918" oraz trzytomowej „Historii hodowli zwierząt gospodarskich w Królestwie Polskim 1815 - 1918". Korzenie chłopskie, pochodzenie z tzw. inteligencji w pierwszym pokoleniu jak jest w przypadku Krzysztofa Nurkowskiego oraz piszącego te słowa, nie przeszkadzają w całościowym, bez uprzedzeń i kompleksów spojrzeniu na wieś i rolę odgrywanej w niej przez ziemian. Krzysztof Nurkowski starał się to w swej pasjonującej nie tylko dla fachowych historyków książce pokazać, opisując m.in. na kanwie pamiętników rodziny Bukowskich historię poszczególnych wsi, dwór i wieś, rolę Kościoła i szkolnictwa, rolę Żydów, życie codzienne we dworze ziemiańskim. Pokazał codzienną, mozolny pracę rodziny wiernej „malej" Ojczyźnie wraz z codziennymi radościami i smutkami.
Bardzo ciekawe są uwagi dotyczące prób modernizacji gospodarstwa rolnego przez młodsze pokolenie ziemian. Praca Nurkowskiego jeszcze raz potwierdza m.in., że wiele majątków ziemskich stało w okresie międzywojennym źle finansowo, raz ze względu na zniszczenia spowodowane w trakcie I wojny światowej, dwa z powodu wysokich podatków. Doktrynerska polityka ministra rolnictwa Juliusza Poniatowskiego zmierzała do powolnej likwidacji wielkich majątków ziemskich. Nie było przy tym wcale pewne, że ziemia trafiłaby do chłopów. Być może utworzono by na wzór sowiecki państwowe gospodarstwa rolne pracujące według zasad „gospodarki planowej". Wspomina o tym Jerzy Stempowski w liście do Jerzego Giedroycia z 1952 r.: „Czytając te wszystkie przepisy i zarządzenia etatystyczne, wynoszę z nich wrażenie, że Polska komunistyczna jest tylko dalszym ciągiem, logicznie rozwiniętym, Polski międzywojennej. W 1939 około 90% większych majątków ziemskich należało już faktycznie do państwa, które swym systemem podatkowym wywłaszczyło ziemian, ale nie miało odwagi wziąć za to odpowiedzialności. Na własne oczy widziałem już jednak plan tego wywłaszczenia, w którym najwięcej uderzyła mnie część poświęcona sprzedaży części majątków urzędnikom państwowym po cenach ulgowych, zważywszy że tylko urzędnicy mieli jakieś stałe dochody i mogli uchodzić za wypłacalnych. Projekt stworzenia kołchozów - nawet pod tą nazwą - powstał też pod patronatem Leona Kozłowskiego i leżał, gotowy do użytku. Pamiętam nawet moją dyskusję na ten temat z prawnikami Banku Rolnego, którzy - przy ówczesnej tendencji rozwojowej aparatu państwowego - uważali taki bieg sprawy za nieunikniony. Być może Bierut i jego orłowie aktywowali tylko część projektów i planów z tego czasu, leżących w archiwach." (patrz: Jerzy Giedroyc, Jerzy Stempowski „Listy 1946-196)", Warszawa 1988, str184).
W sytuacji, gdy u starszego pokolenia następowało osłabienie pasji gospodarskiej, wkraczali młodzi. Jerzy Bukowski, syn Jana Rafała z Michałowic musiał dokładać ze swych inżynierskich poborów do utrzymania dworu. Dwór michałowicki w ostatnich latach przed wojną zaczął powoli zmieniać swoje przeznaczenie, przestając być jedynie ośrodkiem gospodarczym, lecz służąc również jako letnisko dla młodszego, rozsianego po kraju młodszego pokolenia rodziny. Podobnie było w Cieszkowach, gdzie Tadeusz Bukowski, inżynier - rolnik, przejął w latach 30. administrację majątku po ojcu. Wszystkie pieniądze zarobione uprzednio jako plenipotent hr. Ponińskiej w Dembianach, wydał na spłatę zaległych podatków i rat Towarzystwa Kredytowego Ziemskiego. Wprowadził jednak istotne zmiany w gospodarstwie. „W Cieszkowach była wykorzystywana każda możliwość zarobku" - pisze Krzysztof Nurkowski. Ubita na polowaniu zwierzyna jechała do Krakowa, podobnie jak słynne cieszkowskie powidła, które poprawiały smak bigosu w słynnej krakowskiej restauracji „Hawełka", sprzedawano również jaja i drób (czym zajmowała się żona Tadeusza, nauczycielka, nie pochodząca z rodziny ziemiańskiej, co świadczyło o przemianie obyczajowości wśród młodszego pokolenia ziemian).
Pamiętniki Bukowskich były pisane ciekawie, nic więc dziwnego, że ukazany w nich obraz wsi jest bardzo barwny. Tadeusz Bukowski tak wspomina Icka Wolfa, Żyda, który dzierżawił młyn michałowicki: „Pamiętam tego siwego starca z długą brodą, ubranego w religijne, rytualne szaty. na ramionach szeroki ręcznik z czarnym haftem na końcach z długimi frędzlami. Odziany był w długi do ziemi prawie atlasowy chałat. Na czole umocowane »dziesięcioro przykazań« w sześciennej szkatułce - około 5 cm - obszytej czarną skórką. Na głowie czarny kołpaczek z dużym otokiem z lisiego ogona, lub skóry tchórza. Stał podczas nabożeństwa żałobnego na pogrzebie dziadka Emila, pod chórem, plecami do ołtarza, a twarzą przy ścianie. Mocno się kiwając do przodu, odmawiał swoje modlitwy za umarłych. Nikt mu nie przeszkadzał. Utkwiło mi to w pamięci (1912) jako piękny gest połączenia wspólnych uczuć, z zachowaniem osobistych form religijnych".
Wielką zaletą pracy Nurkowskiego jest potoczystość stylu. Przy czytaniu zapomina się, że jest to praca naukowa. Bardzo ciekawe są szczególnie naszpikowane smakowitymi cytatami rozdziały opisujące sprawy obyczajowe: przyjęcia, teatry domowe, konkury i małżeństwo, tok codzienności we dworze. Oto jak Emil Bukowski opisywał mające miejsce u schylku XIX w. tzw. „fetki": „Opiszę tutaj jak się u nas lub w sąsiedztwie odbywają zabawy. Najczęściej takie fetki są w dniu solenizantów - goście zjeżdżają ok. 8-ej. Panie w strojach jedwabnych, panny lekkie materiałowe - panowie we frakach - młodzi tańczą - a starzy zabawiają się wistem, wintem lub liczytantem. O 10-ej jest zastawiona herbata z wędlinami i różne przystawki wszystko siedzące a o 1-ej kolacja - dania bywają polędwice, auszpiki z ryb, v. kaplon,jarzyny, kalafiory v. szparagi-pasztet-pieczyste i lody aIbo inna legomina - wino zwykle węgierskie a na zakończenie to i grubszą chęć uraczyć sąsiadów - teraz nie każden pali i wino już zaczyna wychodzić ze zwykłych przyjęć".
Ciekawe są także opisy wydarzeń w czasie I wojny światowej, gdy Polacy walczyli przeciwko sobie po różnych stronach frontu. Janina Bukowska wspomina, że udała się wraz z dziećmi pod Dębiany Stradowskie „by widzieć wojsko" [austriackie]. „Szły fury powożone przeważnie przez górali, którzy przed nami zdejmowali kapelusze, Boga pochwalili. Jeden z żołnierzy odezwał się» Chodźcie panienki z nami, bić Moskala«" - pisze. Nie bez wzruszenia czytałem wspomnienia Tadeusza Bukowskiego o kwaterującym w dworze rosyjskim rotmistrzu Kisielu: „Ten rotmistrz Kisiel - po odejściu młodszych oficerów - prosił o pozwolenie grania na fortepianie. Zaczął od walczyków rosyjskich i wiedeńskich, a skończył na polskich pieśniach patriotycznych jak »Stoi ułan na widecie«. »Hej strzelcy wraz«, »Z dymem pożarów«, »Nie dbam jaka spadnie kara«, »Boże coś Polskę« i »Jeszcze Polska nie zginęła«...-»Bo ja mam tylko mundur carski na sobie, ale jestem Polak, syn zesłańca - Sybiraka.« Była to niezwykle wzruszająca scena - widzę ją dziś jeszcze z całą dokładnością.". Nie brakuje również akcentów humorystycznych, np. o pani Masłowiczowej, która „żaliła się na Strzelców, którzy na przemiany z kozakami u Niej kwaterują i na polach strzelają".
„Nawet dzisiaj, po półwieczu od likwidacji tej warstwy społecznej, wsie w których wprowadzili oni wzorową gospodarkę rolną odróżniają się od pozostałych. Wielu obywateli ziemskich na Ponidziu cechowało nowoczesne podejście do produkcji rolnej. W ich folwarkach stosowano najnowsze na ówczesne czasy metody uprawy roli i hodowli. Wioski położone w pobliżu dworów korzystały z ich pomocy fachowej i sąsiedzkiej. Pomiędzy kulturą ziemiańską a obyczajowością chłopską następowały wzajemne przenikania, co wyrażało się w ubiorach, wystroju wnętrz oraz sposobie życia. Do dziś przetrwały założone z inicjatywy ziemian Koła Rolnicze, Ochotnicze Straże Pożarne czy Kola Gospodyń Wiejskich. W krajobrazie Ponidzia pozostały obecnie już niestety nieliczne ślady ich obecności w postaci przeważnie zrujnowanych dworów i pałaców oraz zabytkowych parków krajobrazowych" - pisze Krzysztof Nurkowski w zakończeniu swej pracy.
To wprowadzenie byłoby niepełne, bez poświęcenia kilku zdań autorowi książki. Ludzie bardzo często zmieniają się wraz z upływem lat. W Krzysztofie Nurkowskim odnajduję jednak tę samą, niezmienną pasję, którą widziałem u niego przed dwudziestu laty w Krakowie, gdyśmy jako świeżo upieczeni studenci zamieszkiwali we wspólnym pokoju akademika „Nowy Żaczek". We wszystkim, czym się zajmował, nie pozostawał letni. Studiował prawo, etnografię. historię. Rzeczywiście studiował, gromadząc mnóstwo rozmaitych książek, o których następnie żywo dyskutowaliśmy. Był wiecznym entuzjastą. Nie poprzestawał na wąskich dziedzinach zainteresowań. Z taką samą pasją oddawał się studiowaniu, jak słuchaniu koncertów jazzowych, poznawaniu zakątków Krakowa i jego okolic oraz namiętnym, młodzieńczym dyskusjom o poprawianiu świata przy kuflu piwa (które nie było wtedy takie dobre jak dziś, niełatwo było je zdobyć a i to "od godz. 13.00"). Był to gorący okres powstawania „Solidarności", Niezależnego Zrzeszenia Studentów a potem stanu wojennego. Ten sam entuzjazm widziałem potem u niego, gdy powróciwszy w rodzinne strony zaczął uczyć w szkole historii. Pokazywał dzieciom przeszłość nie tylko „dużej" ale i „małej" Ojczyzny, starając się to robić niekonwencjonalnie (m.in. liczne wycieczki) i bez kłamstw. Wiele z dobrych rzeczy. które wtedy robił, robić nie musiał. Pchała go do tego pasja. Po 1989 r. zaangażował się także w działalność polityczną. Tutaj także widzę u niego bardziej pasję i entuzjazm niż chłodne wyrachowanie. Obserwuję, że stara się naprawić to co potrzeba w swej „małej" Ojczyźnie. Nie jest przy tym ciasnym „partyjniakiem". Wiele razy słyszałem od niego np. takie zdanie: „W Krakowie jest kolejny kurs praktyczny dotyczący zmian na wsi. Namawiam nie tylko moich sympatyków., ale mówię także i do tych z PSL-u: »Jedźcie chłopy, zobaczcie, co i jak można zrobić«".
Krzysztof nie zatracił przy tym zapału do swej pierwszej miłości - etnografii. Widać to wyraźnie w tej pracy.

Bogdan Gancarz - „Gość Niedzielny", Kraków listopad 2000 r.